Czy naprawdę to moja wina? Historia o winie, marzeniach i rodzinnych długach
— To wszystko przez ciebie, Anka! — krzyknął Paweł, trzaskając drzwiami od kuchni. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, próbując domyć zaschnięte resztki kaszki z talerzyka najmłodszego synka. Słowa Pawła rozbrzmiewały w mojej głowie jak echo, które nie chciało ucichnąć. Przez chwilę miałam ochotę rzucić talerzem o ścianę, ale tylko zacisnęłam zęby i spojrzałam przez okno na szare, listopadowe niebo.
Od zawsze marzyłam o dużej rodzinie. Wychowałam się w domu pełnym dziecięcego śmiechu i hałasu — miałam troje rodzeństwa i choć bywało ciężko, czułam się kochana. Kiedy poznałam Pawła, wydawało mi się, że mamy podobne marzenia. Po ślubie długo rozmawialiśmy o dzieciach. Dwoje — to było oczywiste. Trzecie? To on pierwszy powiedział: „A może jeszcze jedno? Zobacz, jak fajnie byłoby mieć dużą rodzinę”. Uśmiechnęłam się wtedy szeroko i poczułam, że jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie.
Teraz, trzy lata po narodzinach naszego najmłodszego synka, siedzę w kuchni i zastanawiam się, gdzie popełniliśmy błąd. Paweł wraca do domu coraz później, coraz częściej milczy albo wybucha gniewem. Nasze rozmowy sprowadzają się do rachunków, nieopłaconych faktur i tego, kto kupił droższe mleko w promocji. Długi rosną szybciej niż nasze dzieci.
— Nie rozumiesz, że nie stać nas na takie życie? — Paweł powtarza to niemal codziennie. — Gdyby nie twoje pomysły z trzecim dzieckiem, nie musielibyśmy teraz liczyć każdego grosza!
Chciałabym mu odpowiedzieć, że przecież to on mnie przekonał. Że razem planowaliśmy naszą przyszłość. Ale kiedy patrzę na jego zmęczoną twarz, widzę w niej lęk i bezsilność. Może rzeczywiście to ja powinnam była być rozsądniejsza? Może powinnam była przewidzieć, że kredyt hipoteczny, rata za samochód i wydatki na dzieci przerosną nasze możliwości?
Wieczorem Paweł siada na kanapie z laptopem na kolanach i przegląda ogłoszenia o pracę. Ja próbuję uspokoić płaczącego Antosia i jednocześnie pomóc starszym dzieciom w odrabianiu lekcji. Czuję się rozdarta na tysiąc kawałków. Kiedy dzieci w końcu zasypiają, siadam obok Pawła.
— Może powinniśmy porozmawiać? — pytam cicho.
— O czym? — rzuca beznamiętnie.
— O nas. O tym wszystkim…
— Nie mam siły — przerywa mi. — Muszę znaleźć dodatkową pracę, bo inaczej nie damy rady.
Wiem, że jest mu ciężko. Pracuje w magazynie od rana do wieczora, a wypłata ledwo starcza na podstawowe potrzeby. Ja od dwóch lat jestem na urlopie wychowawczym. Czasem dorabiam korepetycjami z angielskiego przez internet, ale to kropla w morzu potrzeb.
Mama mówi mi przez telefon: „Anka, musicie się trzymać razem. Dzieci wyczuwają napięcie”. Tata dorzuca: „Może Paweł powinien wyjechać do Niemiec na jakiś czas? Tam lepiej płacą”. Ale ja nie chcę być sama z trójką dzieci przez pół roku. Boję się tej samotności bardziej niż biedy.
Czasem mam ochotę uciec — wyjść z domu i nie wracać przez kilka godzin. Ale wiem, że nie mogę sobie na to pozwolić. Dzieci potrzebują mnie bardziej niż kiedykolwiek.
Pewnego wieczoru słyszę rozmowę Pawła przez telefon:
— Mówię ci, Tomek, nie wiem już co robić… Anka myśli tylko o dzieciach i wydatkach… Ja już nie daję rady…
Czuję ukłucie w sercu. Czy naprawdę stałam się dla niego ciężarem?
Następnego dnia Paweł wraca wcześniej niż zwykle. Siada naprzeciwko mnie przy stole i patrzy mi prosto w oczy:
— Musimy coś zmienić — mówi stanowczo. — Nie dam rady tak dłużej.
— Co masz na myśli?
— Może powinnaś wrócić do pracy? Albo… może trzeba sprzedać samochód?
Patrzę na niego bez słowa. Wiem, że ma rację — coś musi się zmienić. Ale jak mam zostawić Antosia w żłobku? Przecież on jest jeszcze taki malutki…
Przez kolejne dni chodzę jak cień samej siebie. Zaczynam szukać pracy przez internet, wysyłam CV do szkół językowych i przedszkoli. Jednocześnie próbuję być dobrą matką i żoną, choć coraz częściej mam wrażenie, że zawodzę wszystkich wokół.
W weekend odwiedzają nas teściowie. Teściowa patrzy na mnie z wyrzutem:
— Aniu, może trzeba było pomyśleć wcześniej… Trzecie dziecko to duża odpowiedzialność.
Mam ochotę krzyknąć: „To nie była tylko moja decyzja!” Ale milczę. Czuję się osaczona ze wszystkich stron.
Wieczorem Paweł przychodzi do sypialni i siada obok mnie na łóżku.
— Przepraszam za wszystko — mówi cicho. — Jestem zmęczony i przestraszony… Nie chciałem cię obwiniać.
Patrzę na niego i widzę tego samego chłopaka, którego kiedyś pokochałam za jego marzenia o dużej rodzinie.
— Ja też przepraszam — odpowiadam łamiącym się głosem. — Chciałam tylko być szczęśliwa…
Przytulamy się długo w ciszy. Wiem, że przed nami trudne decyzje i jeszcze trudniejsze dni. Ale może razem damy radę?
Czasem zastanawiam się: czy naprawdę powinnam brać całą winę na siebie? Czy to możliwe, żeby jedno marzenie zrujnowało całe życie? A może po prostu zabrakło nam odwagi do rozmowy i wspólnego szukania rozwiązań? Co wy byście zrobili na moim miejscu?