Kiedy cisza krzyczy: Zniknięcie mojego syna i tajemnice, które rozdarły naszą rodzinę
— Pani Anna Nowak? — Głos dziewczyny drżał, a jej oczy były zaczerwienione od płaczu. Stała w progu mojego mieszkania na warszawskim Mokotowie, trzymając w dłoniach zdjęcie mojego syna, Michała. — Muszę z panią porozmawiać. To ważne… Chodzi o Michała.
Zamarłam. Od trzech tygodni nie miałam od niego żadnej wiadomości. Ostatni raz widziałam go, gdy wychodził z domu z plecakiem, rzucając przez ramię: „Wracam późno, mamo”. Potem — cisza. Policja przyjęła zgłoszenie, ale poza rutynowymi pytaniami i kilkoma telefonami nie wydarzyło się nic. Każdy dźwięk telefonu sprawiał, że serce podskakiwało mi do gardła.
Dziewczyna przedstawiła się jako Julia. Miała na sobie wyciągnięty sweter Michała — rozpoznałam go od razu. — Proszę mi wybaczyć, że tak nagle… Ale Michał… On… On zniknął. Nikt nie wie, gdzie jest. Próbowałam wszystkiego. Policja mnie zbywa, jego znajomi milczą. Pani jest jego matką… Może pani wie coś więcej?
Zaparzyłam herbatę, choć ręce mi się trzęsły. Julia opowiadała o ich związku — o tym, że Michał ostatnio był przygnębiony, zamknięty w sobie. Że mówił o jakimś problemie w pracy, o kimś, kto mu groził. Próbowałam sobie przypomnieć, czy wspominał coś podobnego. Ale przecież był dorosły, miał 27 lat, nie chciałam go kontrolować.
— Czy Michał miał wrogów? — zapytała Julia cicho.
— Nie wiem… — odpowiedziałam bezradnie. — Zawsze był raczej cichy, zamknięty w sobie. Po śmierci ojca jeszcze bardziej się wycofał.
Wtedy po raz pierwszy poczułam ukłucie winy. Może powinnam była bardziej naciskać? Może powinnam była zauważyć, że coś jest nie tak?
Przez kolejne dni Julia i ja próbowałyśmy razem docierać do znajomych Michała. Większość unikała rozmowy. Jeden z kolegów rzucił tylko: — Lepiej niech pani nie grzebie w tym za głęboko.
Zaczęłam się bać. W nocy budziłam się zlana potem, słysząc w głowie słowa: „Lepiej nie grzebać”. Co to miało znaczyć? Czy Michał wplątał się w coś niebezpiecznego?
Pewnego wieczoru Julia znalazła w rzeczach Michała pendrive’a ukrytego w starej książce. Na nim był tylko jeden plik tekstowy: „Jeśli to czytasz, znaczy że mnie już nie ma”.
Serce mi zamarło. Razem z Julią czytałyśmy dalej:
„Mamo, przepraszam. Nie chciałem cię martwić. W pracy dzieje się coś złego. Ktoś mnie szantażuje. Nie mogę powiedzieć więcej — to by cię naraziło. Jeśli zniknę, proszę… nie szukaj mnie. Kocham cię.”
Nie mogłam powstrzymać łez. Julia tuliła mnie mocno, sama szlochając.
— Musimy iść na policję — powiedziała stanowczo.
Ale policja wzruszyła ramionami: — Bez dowodów na przestępstwo nic nie możemy zrobić.
Czułam się bezsilna jak nigdy dotąd. Każdego dnia patrzyłam na drzwi, mając nadzieję, że Michał wróci. Każdego dnia dzwoniłam do jego telefonu, który milczał uparcie.
W międzyczasie zaczęły wychodzić na jaw rodzinne sekrety. Moja siostra Ewa zadzwoniła pewnego wieczoru:
— Anka… Muszę ci coś powiedzieć. Michał zadzwonił do mnie dwa dni przed zniknięciem. Był przerażony. Powiedział tylko: „Jeśli coś mi się stanie, powiedz mamie, że ją kocham”.
Dlaczego do mnie nie zadzwonił? Dlaczego ufał bardziej mojej siostrze niż własnej matce?
Zaczęłam analizować nasze relacje — każdą kłótnię o drobiazgi, każde niewypowiedziane słowo po śmierci męża, kiedy oboje byliśmy rozbici i zamknięci w swoim bólu.
Julia coraz częściej nocowała u mnie. Razem przeglądałyśmy stare zdjęcia Michała, szukając jakichkolwiek wskazówek. Pewnej nocy znalazłyśmy list od ojca Michała sprzed lat:
„Synku, pamiętaj: nigdy nie ufaj ludziom z pracy bezgranicznie. Nie wszyscy są twoimi przyjaciółmi.”
Czy to była wskazówka? Czy mój mąż wiedział coś więcej?
Zaczęłam dopytywać znajomych męża z dawnej firmy budowlanej. Jeden z nich powiedział mi szeptem:
— Twój mąż kiedyś komuś podpadł… Może Michał odziedziczył po nim nie tylko nazwisko?
Coraz bardziej czułam się jak bohaterka kiepskiego kryminału — tylko że to była moja rodzina, moje życie.
Julia zaczęła dostawać dziwne wiadomości na Messengerze: „Przestań szukać”, „Nie warto ryzykować”. Zgłosiłyśmy to na policję — bez skutku.
W końcu postanowiłam pojechać do firmy Michała i porozmawiać z jego szefem, panem Piotrem Szymańskim.
— Pani syn był dobrym pracownikiem — powiedział chłodno Szymański. — Ale ostatnio miał problemy z jednym klientem… Nie mogę powiedzieć więcej.
— Proszę mi pomóc! To mój jedyny syn! — krzyknęłam rozpaczliwie.
Szymański spuścił wzrok:
— Lepiej dla pani i dla niego będzie, jeśli da mu pani spokój.
Wyszłam stamtąd roztrzęsiona. Czułam się jak w pułapce bez wyjścia.
Minęły kolejne tygodnie. Julia wróciła do rodziców na Podlasie — nie wytrzymała napięcia i bezsilności. Ja zostałam sama ze swoim bólem i pytaniami bez odpowiedzi.
Czasem wydaje mi się, że słyszę kroki Michała na klatce schodowej albo widzę jego sylwetkę w tłumie na ulicy. Każdego dnia pytam siebie: czy zrobiłam wszystko? Czy mogłam go uratować?
Może pewnych rzeczy nigdy się nie dowiem… Ale jedno wiem na pewno: cisza potrafi krzyczeć głośniej niż najgłośniejszy krzyk.
Czy Wy też kiedyś baliście się prawdy tak bardzo, że woleliście jej nie znać? Jak żyć dalej z pytaniami bez odpowiedzi?