Zrezygnowałam z kariery dla rodziny. Myślałam, że nikt tego nie docenił – dopóki wnuczka nie nazwała mnie bohaterką

– Mamo, nie możesz po prostu zostawić nas samych na całe popołudnia! – krzyknęła Ola, trzaskając drzwiami swojego pokoju. Stałam w przedpokoju, z teczką w ręku, a serce waliło mi jak młotem. To był dzień, w którym miałam podjąć decyzję – przyjąć awans na kierowniczkę działu zakupów w dużej firmie, czy zostać przy dotychczasowym życiu. Dyrektor czekał na moją odpowiedź do końca tygodnia. Mąż, Tomek, od miesięcy powtarzał: „To twoja szansa, Aniu. Zasłużyłaś na to”. Ale Ola i Kuba byli jeszcze mali. Ola miała 12 lat i właśnie przechodziła burzliwy okres dojrzewania, a Kuba miał 8 lat i coraz częściej zamykał się w sobie.

Tamtego wieczoru usiadłam przy kuchennym stole z kubkiem zimnej herbaty. Tomek wszedł do kuchni, spojrzał na mnie i powiedział: – Wiem, że boisz się tej zmiany. Ale dzieci dorosną. Zasługujesz na coś więcej niż tylko bycie mamą na pełen etat.

Poczułam ukłucie żalu. Czy naprawdę bycie mamą to „tylko”? Przecież każdego dnia walczyłam o to, by dom był miejscem ciepła i bezpieczeństwa. Pamiętałam, jak Ola płakała po pierwszym dniu w nowej szkole i jak Kuba bał się ciemności. To ja siedziałam przy nich nocami, tłumaczyłam zadania z matematyki, piekłam ciasta na klasowe uroczystości.

Następnego dnia w pracy dyrektor zaprosił mnie do gabinetu.
– Aniu, wiem, że to trudna decyzja. Ale nie będę ukrywał – liczę na ciebie. Masz potencjał.

Wróciłam do domu z głową pełną myśli. Wieczorem Ola przyszła do mnie z zeszytem.
– Mamo, pomożesz mi z polskim? Muszę napisać wypracowanie o bohaterze codzienności.
Patrzyłam na nią i nagle poczułam łzy pod powiekami. Czy będę mogła jej pomóc, jeśli przyjmę awans? Czy będę obecna na jej występach, zebraniach, rozmowach o pierwszych miłościach?

W nocy nie spałam prawie wcale. Przewracałam się z boku na bok, słysząc w głowie głosy: „Nie zmarnuj szansy”, „Dzieci cię potrzebują”, „Zasługujesz na więcej”.

Rano zadzwoniłam do dyrektora.
– Dziękuję za zaufanie – powiedziałam drżącym głosem – ale muszę odmówić. Rodzina jest dla mnie najważniejsza.

Przez pierwsze miesiące czułam ulgę i smutek jednocześnie. Tomek wspierał mnie jak mógł, ale widziałam w jego oczach rozczarowanie. W pracy zaczęto traktować mnie jak kogoś bez ambicji. Koleżanki szeptały za plecami: „Sama sobie winna”.

Minęły lata. Dzieci dorastały, a ja coraz częściej czułam się niewidzialna. Ola wyjechała na studia do Warszawy, Kuba poszedł do technikum informatycznego. Tomek coraz częściej zostawał dłużej w pracy. W domu panowała cisza.

Czasem patrzyłam w lustro i pytałam siebie: „Czy to wszystko miało sens?”

Pewnego dnia Ola przyjechała z Warszawy z niespodzianką – była w ciąży. Zostałam babcią! Mała Zosia przyszła na świat w listopadzie. Byłam przy niej od pierwszych dni – przewijałam, tuliłam, śpiewałam kołysanki.

Kiedy Zosia miała pięć lat, poprosiła mnie o pomoc w przygotowaniu przedszkolnego przedstawienia o bohaterach codzienności.
– Babciu, a ty jesteś bohaterką? – zapytała pewnego wieczoru.
– Dlaczego tak myślisz? – uśmiechnęłam się przez łzy.
– Bo zawsze jesteś przy mnie i przy mamie. I wszystko umiesz naprawić.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż jakiekolwiek wyróżnienie czy premia. Przez chwilę poczułam się naprawdę ważna.

Dziś mam 62 lata. Czasem wracam myślami do tamtego wyboru sprzed lat. Czy żałuję? Może trochę. Może mogłam mieć więcej dla siebie. Ale wiem jedno – bycie matką i babcią to najtrudniejsza i najpiękniejsza rola mojego życia.

Czy naprawdę trzeba poświęcić siebie, by być kochaną? A może wystarczy być obecnym – nawet jeśli świat tego nie zauważa?