Kiedy za późno rodzi się syna: Opowieść o miłości, winie i utraconym zaufaniu

– Michał, proszę cię, nie wracaj tak późno! – mój głos drżał, kiedy po raz kolejny patrzyłam na zegar wskazujący drugą w nocy. W głowie miałam tysiące myśli: co jeśli coś mu się stało? Co jeśli znowu wróci pijany albo zły? Odkąd skończył siedemnaście lat, coraz częściej czułam się jak intruz w jego życiu.

Pamiętam dzień, w którym dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Miałam wtedy czterdzieści lat i wszyscy wokół powtarzali: „Małgorzata, to szaleństwo! W tym wieku?” Ale ja czułam się wtedy najszczęśliwsza na świecie. Michał był moim cudem. Chciałam mu dać wszystko – bezpieczeństwo, miłość, rzeczy, których sama nigdy nie miałam. Mój ojciec pił, matka była wiecznie zmęczona życiem. Przysięgłam sobie, że mój syn nigdy nie poczuje się samotny ani niekochany.

Może właśnie dlatego pozwalałam mu na wszystko. Kiedy miał pięć lat i chciał nową zabawkę – dostawał ją. Kiedy w szkole ktoś go skrzywdził – biegłam do nauczycielki i żądałam wyjaśnień. Gdy miał dziesięć lat i nie chciał jeść obiadu – gotowałam mu coś innego. Zawsze tłumaczyłam sobie: „On jest jeszcze taki mały, ma prawo.”

Ale Michał rósł. Z każdym rokiem stawał się coraz bardziej zamknięty w sobie. Przestał opowiadać mi o swoich problemach, przestał pytać o radę. Zamiast tego pojawiły się trzaskające drzwi, krzyki i milczenie. Często słyszałam od sąsiadek: „Twój Michał to taki grzeczny chłopak.” Uśmiechałam się wtedy smutno – one nie widziały tych wszystkich łez w poduszkę i samotnych wieczorów.

Pewnego dnia wrócił do domu z podbitym okiem. – Michał, co się stało? – zapytałam przerażona.
– Nic cię to nie obchodzi – burknął i zamknął się w pokoju.

Siedziałam wtedy na korytarzu pod jego drzwiami i płakałam. Czułam się bezradna jak nigdy wcześniej. Próbowałam rozmawiać z jego ojcem, ale on tylko wzruszał ramionami: „Chłopak musi się wyszumieć.” Ale ja wiedziałam, że to nie jest zwykły bunt nastolatka. To była przepaść między nami.

Z czasem Michał zaczął wracać coraz później do domu. Czasem czułam od niego alkohol, czasem papierosy. Próbowałam z nim rozmawiać:
– Synku, martwię się o ciebie…
– Daj mi spokój! – krzyczał. – Zawsze tylko narzekasz!

Każda taka rozmowa kończyła się kłótnią. Czułam się coraz bardziej winna. Może gdybym była młodsza, miałabym więcej siły? Może gdybym była bardziej stanowcza? Może gdybym nie próbowała mu wszystkiego wynagrodzić?

Pewnego wieczoru usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam przeglądać stare zdjęcia. Michał jako niemowlę, Michał na pierwszym rowerze, Michał z uśmiechem od ucha do ucha na wakacjach nad morzem… Gdzie podział się ten chłopiec? Gdzie popełniłam błąd?

Następnego dnia postanowiłam spróbować jeszcze raz.
– Michał, możemy porozmawiać? – zapytałam cicho.
Spojrzał na mnie z niechęcią.
– O czym?
– O nas… O tym, co się dzieje…
Wzruszył ramionami.
– Nic się nie dzieje.
– Synku…
– Przestań mnie tak nazywać! Nie jestem już dzieckiem!

Te słowa zabolały mnie bardziej niż cokolwiek innego. Przez chwilę miałam ochotę krzyczeć, płakać, błagać go o uwagę. Ale tylko westchnęłam i wyszłam z kuchni.

Od tamtej pory nasze rozmowy ograniczały się do krótkich zdań: „Jest obiad”, „Wracam później”, „Nie przeszkadzaj mi”. Czułam, jakbyśmy mieszkali razem tylko z przyzwyczajenia.

W pracy coraz częściej łapałam się na tym, że myślami jestem gdzie indziej. Koleżanki pytały:
– Coś się stało?
Uśmiechałam się wymuszenie:
– Wszystko w porządku.
Ale przecież nic nie było w porządku.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie wychowawczyni Michała:
– Pani Małgorzato, czy mogłybyśmy porozmawiać?
Serce mi zamarło.
– Oczywiście…
Okazało się, że Michał opuścił kilka ważnych sprawdzianów i grozi mu niezdanie do następnej klasy.
– Czy coś się dzieje w domu? – zapytała nauczycielka.
Zawahałam się przez chwilę.
– Nie wiem… Chyba tak…

Wieczorem próbowałam z nim rozmawiać:
– Michał, musisz zacząć chodzić do szkoły…
– Mam już dość tej szkoły! Mam dość ciebie! – wykrzyczał i trzasnął drzwiami.

Siedziałam długo w ciemności. W głowie miałam tylko jedno pytanie: gdzie popełniłam błąd? Czy naprawdę można kochać za bardzo? Czy można tak bardzo chcieć dać dziecku wszystko, że w końcu odbiera mu się wolność?

Kilka tygodni później Michał spakował walizkę i powiedział:
– Wyprowadzam się do taty.
Nie protestowałam. Nie miałam już siły walczyć.

Teraz siedzę sama w pustym mieszkaniu i słucham ciszy. Każdy dźwięk przypomina mi o nim – o jego śmiechu, płaczu, nawet o tych wszystkich kłótniach. Zastanawiam się: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy bycie matką to ciągłe poczucie winy?

Może kiedyś Michał wróci i uda nam się odbudować to, co straciłyśmy. A może już zawsze będziemy sobie obcy? Czy naprawdę można kochać za bardzo? Czy miłość matki może być jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem?