Czy mam oddać swoje życie, by zadowolić rodzinę? Historia Marty z Poznania
– Marta, przecież ty masz wszystko. Daj ten swój apartament Kasi, ona naprawdę tego potrzebuje – głos mamy przeszył mnie jak igła. Stałyśmy w kuchni, a zapach kawy mieszał się z ciężarem niewypowiedzianych pretensji.
Zawsze byłam tą „inną”. W podstawówce, kiedy brat ledwo przechodził z klasy do klasy, ja dostawałam stypendia. Kiedy kuzynki rodziły dzieci w wieku dwudziestu lat, ja kończyłam studia w Poznaniu i zaczynałam pracę w kancelarii. Rodzina patrzyła na mnie jak na dziwoląga – niby powinni być dumni, ale czułam tylko dystans. Nawet na świętach siedziałam przy stole jak gość, nie jak córka czy siostra.
Teraz miałam trzydzieści sześć lat i własne mieszkanie na Jeżycach. Sama je kupiłam, sama urządziłam, sama spłacałam kredyt. Było moją twierdzą – jedynym miejscem, gdzie mogłam być sobą. I nagle przyszła ta rozmowa.
– Kasia z Michałem nie mają gdzie mieszkać – ciągnęła mama. – Ty przecież możesz wynająć coś mniejszego. Albo zamieszkać z kimś. Jesteś sama, to co ci szkodzi?
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez lata tłumiłam złość, żeby nie być „tą egoistką”. Ale teraz…
– Mamo, to jest moje mieszkanie! – wybuchłam. – Sama na nie pracowałam! Dlaczego mam oddać wszystko, bo ktoś inny sobie nie radzi?
Mama spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Zawsze byłaś taka zimna…
Wyszłam na balkon, żeby nie wybuchnąć jeszcze bardziej. Słońce zachodziło nad blokami, a ja czułam się jak dziecko, które znów zawiodło rodziców.
Wieczorem zadzwoniła Kasia.
– Marta, wiem, że to dla ciebie trudne… Ale my naprawdę nie mamy wyjścia. Michał stracił pracę, ja jestem na wychowawczym…
– Kasiu, ja też mam swoje życie – przerwałam jej. – Nie mogę oddać ci mieszkania tylko dlatego, że jestem sama.
– Ale ty zawsze miałaś łatwiej! – krzyknęła nagle. – Tobie wszystko przychodziło bez wysiłku!
Zatkało mnie. Nikt nie widział moich nieprzespanych nocy, lęków przed egzaminami, samotności w obcym mieście. Nikt nie widział łez po kolejnych odrzuconych CV.
Po tej rozmowie długo nie mogłam zasnąć. W głowie słyszałam głos mamy: „Daj Kasi mieszkanie”. Głos Kasi: „Tobie wszystko przychodziło łatwo”. I swój własny: „Czy naprawdę jestem taka zła?”
Następnego dnia w pracy byłam cieniem samej siebie. Koleżanka zapytała:
– Coś się stało?
Opowiedziałam jej wszystko. Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
– Marta, to twoje życie! Nie możesz ciągle poświęcać się dla innych!
Ale ja nie umiałam tak po prostu odciąć się od rodziny. Przecież to oni byli przy mnie, kiedy miałam ospę i kiedy złamałam nogę na sankach. To oni płakali ze mną po śmierci taty.
Kilka dni później mama przyszła do mnie bez zapowiedzi.
– Marta, musimy porozmawiać – powiedziała stanowczo.
Usiadłyśmy naprzeciwko siebie w moim salonie. Mama zaczęła mówić o rodzinie, o tym, że trzeba sobie pomagać. Że Kasia jest młoda i ma dziecko. Że ja jestem sama.
– A co ze mną? – zapytałam cicho. – Czy ja też się liczę?
Mama spojrzała na mnie tak, jakby pierwszy raz zobaczyła we mnie człowieka.
– Ty zawsze dawałaś sobie radę…
– Bo musiałam! – przerwałam jej. – Bo nikt mi nie pomagał! Zawsze byłam sama ze wszystkim!
Wtedy mama zaczęła płakać. Po raz pierwszy zobaczyłam ją taką bezbronną.
– Przepraszam… Może nie rozumiałam…
Objęłyśmy się i przez chwilę czułam ulgę. Ale wiedziałam, że to nie koniec.
Kasia przestała się odzywać. Michał napisał mi SMS-a: „Nie spodziewałem się po tobie takiej postawy”.
W pracy zaczęłam popełniać błędy. Szef wezwał mnie na rozmowę.
– Marta, co się dzieje? Zawsze byłaś perfekcyjna…
Nie wytrzymałam i rozpłakałam się przy nim.
Wróciłam do pustego mieszkania i usiadłam na podłodze w kuchni. Przypomniały mi się wszystkie chwile samotności: pierwsza noc w akademiku, kiedy bałam się zasnąć; pierwsza Wigilia bez taty; pierwszy dzień w nowej pracy, kiedy nikt nie zaprosił mnie na kawę.
Zrozumiałam wtedy coś ważnego: całe życie próbowałam zasłużyć na akceptację rodziny. Oddawałam im czas, pieniądze, wsparcie emocjonalne. Ale nigdy nie dostałam tego samego w zamian.
Kilka dni później zadzwoniła do mnie ciocia Basia.
– Marta, słyszałam o tej sytuacji… Wiesz co? Ja też kiedyś musiałam wybierać między sobą a rodziną. I wiesz co? Wybrałam siebie i nigdy tego nie żałowałam.
Te słowa dały mi siłę.
Napisałam Kasi wiadomość:
„Kasiu, bardzo ci współczuję trudnej sytuacji. Ale moje mieszkanie jest moim domem i bezpieczeństwem. Nie mogę go oddać. Jeśli będziesz potrzebować pomocy w znalezieniu pracy albo mieszkania do wynajęcia – pomogę wam.”
Nie odpisała.
Mama długo milczała, ale po kilku tygodniach zadzwoniła:
– Marta… Może przyjedziesz na obiad? Upiekłam twoje ulubione ciasto.
Pojechałam. Siedziałyśmy razem przy stole i pierwszy raz od dawna czułam spokój.
Czasem jeszcze budzę się w nocy z poczuciem winy. Ale coraz częściej myślę o tym, że mam prawo żyć po swojemu.
Czy naprawdę musimy poświęcać siebie dla innych? Czy rodzina daje nam prawo do odbierania sobie szczęścia? Ciekawa jestem waszych historii…