Nie ma winnych, czyli tak układają się gwiazdy – Historia Elżbiety i Bartka
Zanim jeszcze opadł kurz po zderzeniu, zanim sygnały karetek rozdarły noc, wiedziałam, że nic już nie będzie takie samo. Siedziałam w roztrzaskanym aucie, czując jak ból rozlewa się po ciele, a krew sączy się gdzieś spod kurtki. Bartek, mój mąż, nie odpowiadał na moje wołanie. Wokół migotały światła – niebieskie, czerwone, białe – a ja próbowałam zrozumieć, dlaczego to właśnie nas spotkało.
Jeszcze kilka godzin wcześniej śmialiśmy się na weselu kuzynki Bartka. On żartował z mojej sukienki, ja narzekałam na niewygodne buty. „Elka, jeszcze tylko jeden taniec!” – wołał, ciągnąc mnie na parkiet. „Bartek, już dość! Jutro muszę być na nogach!” – śmiałam się, ale dałam się porwać. Wtedy nie wiedziałam, że to ostatni raz, kiedy trzyma mnie za rękę.
Po północy wyszliśmy na parking. Bartek był zmęczony, ale uparty jak zawsze. „Nie będziemy czekać na taksówkę, przecież to tylko kawałek drogi” – przekonywał. „Ale piłeś…” – zaczęłam niepewnie. „Elka, wypiłem jedno piwo na początku wieczoru. Już dawno wywietrzało” – machnął ręką i otworzył drzwi naszej starej Astry.
W drodze milczeliśmy. Ja przysypiałam z głową opartą o szybę, on skupiał się na drodze. Nagle poczułam szarpnięcie, usłyszałam huk i wszystko zgasło.
Obudziłam się w szpitalu. Najpierw był tylko ból i zamęt. Potem przyszła pielęgniarka i powiedziała: „Pani Elżbieto, miała pani poważny wypadek. Mąż… bardzo mi przykro.” Nie pamiętam, czy krzyczałam, czy płakałam. Pamiętam tylko pustkę.
Przez kolejne dni odwiedzała mnie mama i siostra. Mama płakała cicho w kącie sali. Siostra była twarda: „Musisz być silna dla dzieci” – powtarzała. Ale ja nie chciałam być silna. Chciałam cofnąć czas.
Prawdziwy dramat zaczął się po pogrzebie. Teściowa obwiniała mnie o śmierć Bartka: „Gdybyś nie nalegała na wcześniejszy powrót… Gdybyś zabroniła mu prowadzić!” – rzucała mi w twarz przy rodzinie. Moja mama stawała w mojej obronie: „To nie jej wina! Bartek był dorosły!” Rodzina podzieliła się na dwa obozy.
Najgorsze były rozmowy z policją i prokuratorem. Okazało się, że Bartek miał niewielką ilość alkoholu we krwi i… zawał serca tuż przed wypadkiem. Kierowca tira był trzeźwy i jechał prawidłowo. „Nie ma winnych” – powiedział prokurator. „Tak się ułożyły gwiazdy.” Ale dla mojej teściowej winna byłam ja.
Zostałam sama z dwójką dzieci i złamaną miednicą. Przez miesiące leżałam w łóżku, ucząc się chodzić od nowa. ZUS odmówił mi renty – „stan zdrowia pozwala na pracę biurową” – usłyszałam od komisji lekarskiej. A ja nie mogłam nawet sama wejść do łazienki.
Pieniędzy zaczęło brakować szybciej niż myślałam. Mama pomagała jak mogła, ale sama miała niską emeryturę. Siostra przynosiła obiady i zajmowała się dziećmi po szkole. Teściowa przestała odbierać moje telefony.
Pewnego dnia przyszedł do mnie list polecony – wezwanie do sądu o podział majątku po Bartku. Teściowa domagała się połowy mieszkania: „To było nasze! Bartek dostał je od nas!” – krzyczała podczas rozprawy. Ja próbowałam tłumaczyć: „To dom naszych dzieci!” Sędzia patrzył na mnie ze współczuciem, ale prawo było po stronie teściowej.
Wtedy pojawił się on – Michał, kierowca tira z tamtej nocy. Przyszedł do mnie do szpitala z kwiatami i przeprosinami: „Pani Elżbieto, nie mogę spać po nocach… Wiem, że nie byłem winny, ale…” Patrzyłam na niego z nienawiścią i żalem. „Proszę stąd wyjść!” – krzyknęłam.
Ale Michał nie odpuszczał. Przysyłał listy, dzwonił do mojej mamy, przynosił zabawki dzieciom. W końcu przyszedł raz jeszcze: „Mam trochę oszczędności… Chciałbym pomóc pani w operacji biodra.” Byłam dumna i uparta jak Bartek: „Nie chcę twoich pieniędzy! Odejdź!”
Mama przekonała mnie: „Eluś, pomyśl o dzieciach. Jeśli nie przejdziesz operacji, zostaniesz kaleką do końca życia.” Zgodziłam się niechętnie.
Operacja udała się dzięki wsparciu Michała. Po kilku miesiącach zaczęłam chodzić o lasce. Dzieci wróciły do szkoły, ja próbowałam znaleźć pracę przez internet.
Teściowa nie odpuszczała – wynajęła prawnika i domagała się eksmisji mnie i dzieci z mieszkania. Sąd przyznał jej rację w połowie – musiałam spłacić jej część wartości domu albo sprzedać mieszkanie i podzielić pieniądze.
Wtedy rodzina Bartka całkiem się ode mnie odwróciła. Na święta dzieci nie dostały nawet kartki od babci.
Michał coraz częściej odwiedzał nas z zakupami lub pomagał przy naprawach w domu. Dzieci go polubiły – młodszy syn mówił do niego „wujku”.
Pewnego wieczoru usiedliśmy razem przy stole po kolacji.
– Elżbieta… wiem, że nigdy nie zastąpię Bartka… Ale chciałbym być dla was kimś ważnym.
Patrzyłam na niego długo w milczeniu.
– Michał… ja nie wiem, czy potrafię jeszcze kochać…
– Nie musisz teraz odpowiadać – uśmiechnął się smutno.
Minęły dwa lata od wypadku. Spłaciłam teściową dzięki kredytowi i pomocy Michała. Dzieci dorastają, a ja wracam powoli do życia.
Czasem patrzę nocą przez okno na gwiazdy i pytam siebie: czy naprawdę nikt nie jest winny? Czy los jest ślepy? A może to my sami komplikujemy sobie życie przez dumę i brak przebaczenia?
Czy wy potrafilibyście wybaczyć? Czy można zacząć wszystko od nowa po takiej tragedii?