Bez korzeni: Historia Nikoli, dziecka porzuconego w szpitalu

— Dlaczego mnie nie chcesz? — zapytałem cicho, patrząc na kobietę w białym fartuchu. Miała łagodne oczy, ale jej ręce były zimne, kiedy poprawiała mi kołdrę. Miałem wtedy cztery lata i już wiedziałem, że nie jestem jak inne dzieci. Wszyscy wokół mnie przychodzili i odchodzili — pielęgniarki, opiekunki, czasem ktoś z miasta przynosił zabawki albo czekoladę. Ale nikt nie zostawał na dłużej.

Nazywam się Nikola. Urodziłem się w jednym z warszawskich szpitali z rzadką chorobą genetyczną — moja skóra była delikatna jak papier, a stawy często bolały tak bardzo, że nie mogłem spać nocami. Rodzice zostawili mnie jeszcze zanim zdążyłem ich poznać. Zawsze wyobrażałem sobie, że może mama miała długie, ciemne włosy, a tata był wysoki i silny. Ale to tylko wyobrażenia — nigdy nie widziałem ich twarzy.

Pierwsze lata spędziłem w domu dziecka na Pradze. Pamiętam zapach gotowanej kaszy i dźwięk kluczy brzęczących przy pasku pani Ewy, która była naszą wychowawczynią. Dzieci były różne — jedne płakały po nocach, inne krzyczały ze złością. Ja najczęściej milczałem. Czułem się jak cień, który przemyka korytarzami i nikomu nie przeszkadza.

Kiedy miałem siedem lat, pojawiła się pierwsza rodzina zastępcza. Państwo Kowalscy z Piaseczna. Pani Maria pachniała lawendą i zawsze miała dla mnie ciepłe mleko z miodem. Pan Andrzej był surowy, ale sprawiedliwy. Przez chwilę myślałem, że może tu zostanę na zawsze. Ale po kilku miesiącach zaczęły się problemy — moja choroba wymagała kosztownego leczenia, a ja często trafiałem do szpitala. Pewnego dnia usłyszałem przez drzwi rozmowę:

— Andrzej, my nie damy rady… On potrzebuje więcej niż możemy mu dać.
— Wiem, Mario. Ale co mamy zrobić? Kocham go jak własnego syna, ale… nie stać nas na to wszystko.

Znowu wróciłem do domu dziecka. Tym razem już wiedziałem, że nie mogę nikomu ufać na sto procent. Każdy mógł odejść w każdej chwili.

Przez kolejne lata przewinąłem się przez kilka rodzin zastępczych. Każda była inna — jedni byli ciepli i troskliwi, inni traktowali mnie jak obowiązek. Najgorzej wspominam rodzinę Nowaków z Radomia. Pani Nowakowa często krzyczała:

— Po co nam taki problem? Nie mogłeś być zdrowy jak inne dzieci?

Wtedy po raz pierwszy poczułem prawdziwą złość. Nie chciałem być ciężarem. Chciałem tylko być czyimś synem.

W szkole byłem outsiderem. Dzieci wytykały mnie palcami:

— Patrzcie, to ten chory z domu dziecka!

Nauczyciele starali się być mili, ale widziałem w ich oczach litość. Najgorsze były lekcje WF-u — nie mogłem biegać jak inni, a każdy upadek kończył się siniakami i bólem.

Miałem jednego przyjaciela — Michała. Poznaliśmy się w trzeciej klasie podstawówki. Michał miał rude włosy i wiecznie brudne spodnie od gry w piłkę.

— Wiesz co? — powiedział kiedyś — Gdybym był tobą, to bym uciekł stąd daleko!
— A dokąd? — zapytałem.
— Nie wiem… Może do Gdańska? Tam podobno są fajne plaże.

Śmialiśmy się wtedy długo. Michał był jedyną osobą, przy której czułem się normalnie.

Kiedy miałem czternaście lat, trafiłem do kolejnej rodziny zastępczej — państwa Zielińskich z małego miasteczka pod Łodzią. Tam po raz pierwszy poczułem coś na kształt domu. Pani Anna nauczyła mnie gotować rosół, a pan Marek pokazał, jak naprawiać rower. Mieli dwie córki — Kasię i Olę. Kasia była starsza ode mnie o dwa lata i traktowała mnie jak młodszego brata.

— Nikola, nie przejmuj się tymi wszystkimi głupotami w szkole — mówiła — Ludzie zawsze będą gadać.

To u Zielińskich pierwszy raz poczułem coś na kształt szczęścia. Ale nawet wtedy nie opuszczało mnie pytanie: dlaczego moi prawdziwi rodzice mnie zostawili? Czy bali się mojej choroby? Czy po prostu nie chcieli mieć takiego dziecka?

Pewnego dnia znalazłem w szufladzie stare dokumenty ze szpitala. Na jednym z nich widniało nazwisko mojej matki: Agata Kwiatkowska. Przez kilka nocy nie spałem, zastanawiając się, czy powinienem jej szukać.

W końcu napisałem list:

„Droga Mamo,
Nazywam się Nikola. Urodziłem się 17 marca 2004 roku w Warszawie. Zawsze chciałem wiedzieć, dlaczego mnie zostawiłaś…”

Czekałem na odpowiedź tygodniami. Każdego dnia sprawdzałem skrzynkę pocztową i za każdym razem serce biło mi szybciej na widok koperty.

Odpowiedź przyszła po dwóch miesiącach:

„Nikola,
Przepraszam. Byłam młoda i przerażona. Twój ojciec odszedł ode mnie jeszcze zanim się urodziłeś. Bałam się twojej choroby i tego, że nie dam sobie rady sama… Wiem, że to nie jest żadne usprawiedliwienie. Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz.
Agata”

Czytałem ten list setki razy. Płakałem i krzyczałem ze złości. Ale potem przyszło ukojenie — pierwszy raz poczułem, że jestem kimś więcej niż tylko „tym chorym z domu dziecka”.

Dziś mam dwadzieścia lat i studiuję psychologię na Uniwersytecie Łódzkim. Pomagam innym dzieciom z domów dziecka odnaleźć siebie i swoje miejsce w świecie.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy gdybym był zdrowy, moje życie wyglądałoby inaczej? Czy potrafię wybaczyć tym, którzy mnie zostawili? Może najważniejsze jest to, żeby samemu sobie dać prawo do szczęścia?

A Wy? Czy potrafilibyście wybaczyć swoim rodzicom taki wybór? Czy można naprawdę odnaleźć dom tam, gdzie nigdy go nie było?