Rodzina naciskała, żebym wyszła za Marka. Nikt nie zapytał, czego naprawdę pragnę…
– Aniu, nie możesz być sama do końca życia! – głos mamy rozbrzmiewał w kuchni, kiedy kroiła ogórki na sałatkę. – Marek to porządny chłopak. Pracuje w banku, nie pije, nie pali. Co ci jeszcze potrzeba?
Patrzyłam na nią przez chwilę, czując jak w gardle rośnie mi gula. Ile razy już słyszałam ten wywód? Ile razy próbowałam tłumaczyć, że nie chcę wychodzić za mąż tylko dlatego, że „tak wypada”? Ale mama i tak wiedziała swoje. Dla niej szczęście kobiety zaczynało się od ślubu i kończyło na dzieciach. Najlepiej dwójce, bo „jedynak to samotnik”.
– Mamo, ja… – zaczęłam cicho, ale przerwała mi ruchem ręki.
– Zobaczysz, jeszcze mi podziękujesz. Marek to złoty chłopak. A ty już trzydzieści lat masz! – dodała z naciskiem.
Wyszłam z kuchni, zanim łzy zdążyły napłynąć mi do oczu. W pokoju czekał tata, czytający gazetę. Nawet nie podniósł wzroku, kiedy przeszłam obok. W naszym domu o uczuciach się nie rozmawiało. Wszystko było jasne: kobieta powinna mieć rodzinę, dzieci i dom na głowie. Moje marzenia? Zawsze były nie na miejscu.
Marek rzeczywiście był „porządnym chłopakiem”. Znaliśmy się od podstawówki. Nigdy nie czułam do niego nic więcej niż sympatię sąsiedzką. Kiedyś nawet próbował mnie pocałować na studniówce, ale uciekłam do łazienki i zamknęłam się tam na pół godziny. On chyba zrozumiał aluzję, bo potem już tylko się uśmiechał i pytał o pogodę.
Ale rodzina wiedziała swoje. Ciotka Zosia co niedzielę wypytywała: „No i co z Markiem? Kiedy wesele?” Babcia przynosiła mi święcone jajka i szeptała: „Nie czekaj za długo, dziecko…”
A ja? Ja chciałam być matką. Nie żoną. Nie panią domu. Chciałam mieć dziecko – swoje własne, kochane bezwarunkowo. Ale w naszej rodzinie samotne macierzyństwo było tematem tabu. „Co ludzie powiedzą?” – to był najgorszy wyrok.
Próbowałam randkować. Były spotkania przez internet, niezręczne kawy z kolegami z pracy, nawet jeden weekendowy wyjazd z Adamem z działu IT. Ale nic nie czułam. Każda rozmowa kończyła się tym samym: „A ty czego właściwie szukasz?”
Nie umiałam odpowiedzieć szczerze.
Pewnej nocy leżałam w łóżku i słuchałam deszczu uderzającego o parapet. Wtedy poczułam, że muszę coś zmienić. Że jeśli nie zawalczę o siebie teraz, już zawsze będę żyć cudzymi oczekiwaniami.
Zaczęłam czytać o in vitro, o adopcji, o samotnym macierzyństwie. Każda historia była inna, ale wszystkie miały wspólny mianownik: odwagę i samotność. Bałam się jak cholera. Ale jeszcze bardziej bałam się życia bez spełnienia.
Zebrałam się na odwagę i powiedziałam mamie podczas niedzielnego obiadu:
– Mamo, tato… Chcę mieć dziecko. Sama.
Cisza była głośniejsza niż krzyk.
– Zwariowałaś? – mama upuściła widelec na talerz.
– A co ludzie powiedzą? – dodał tata beznamiętnie.
– A Marek? – ciotka Zosia aż się zakrztusiła kompotem.
Wyszłam z domu z płaczem. Przez tydzień nikt do mnie nie zadzwonił.
Ale ja już podjęłam decyzję.
Zaczęły się badania, wizyty u lekarzy, rozmowy z psychologiem. Czułam się jak na wojnie – z rodziną, społeczeństwem i własnymi lękami. Były momenty zwątpienia: kiedy lekarz powiedział, że mam małe szanse; kiedy sąsiadka spojrzała na mnie z politowaniem; kiedy mama przestała odbierać telefony.
Ale były też chwile nadziei: kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście; kiedy poczułam pierwsze kopnięcie; kiedy przyjaciółka Magda przytuliła mnie i powiedziała: „Jesteś najodważniejszą kobietą, jaką znam.”
Poród był trudny. Samotny. Ale kiedy położna położyła mi na piersi moją córeczkę – Zosię – wiedziałam, że wszystko było tego warte.
Mama przyszła do szpitala dopiero po dwóch dniach. Stała w drzwiach, patrzyła na mnie długo i bez słowa wzięła Zosię na ręce. Płakałyśmy obie.
Dziś Zosia ma trzy lata. Jest moim całym światem. Rodzina powoli zaakceptowała mój wybór – choć czasem słyszę jeszcze kąśliwe uwagi ciotki Zosi („A może jednak znajdziesz kogoś?”). Ale już się tym nie przejmuję.
Czasem patrzę na moją córkę i myślę: ile kobiet żyje cudzymi marzeniami? Ile z nas boi się powiedzieć głośno: „Chcę inaczej”? Czy naprawdę musimy wybierać między szczęściem a akceptacją innych?