Czy naprawdę jestem dla nich ciężarem? Moja walka o miejsce w rodzinie po sześćdziesiątce
— Mamo, przecież wiesz, że nie mamy miejsca — głos Agnieszki był napięty, a jej wzrok uciekał gdzieś w bok, jakby bała się spotkać moje oczy. Stałam w przedpokoju jej mieszkania na warszawskim Mokotowie, ściskając w dłoni torbę z domowym ciastem. Przez chwilę miałam nadzieję, że może jednak usłyszę: „Zostań z nami na dłużej”, ale zamiast tego poczułam, jakby ktoś zamknął mi drzwi przed nosem.
Mam na imię Jadwiga. Skończyłam 67 lat i coraz częściej czuję się jak zbędny mebel. Mój mąż zmarł pięć lat temu. Od tamtej pory próbuję znaleźć swoje miejsce w świecie, który nagle stał się dla mnie obcy i zimny. Mam dwoje dzieci: Agnieszkę i Pawła. Oboje są dorośli, mają własne rodziny i własne życie. Zawsze powtarzałam sobie, że nie będę im przeszkadzać, ale teraz… Teraz po prostu boję się być sama.
— Mamo, przecież możesz zostać u siebie. Masz swoje mieszkanie, swoje rzeczy… — Paweł próbował brzmieć racjonalnie, ale słyszałam w jego głosie zniecierpliwienie. — My naprawdę nie damy rady. Dzieci, praca…
Nie chciałam być ciężarem. Naprawdę nie chciałam. Ale kiedy wieczorami siadam sama przy stole, kiedy cisza w mieszkaniu aż dzwoni w uszach, zaczynam się bać. Boję się choroby, boję się upadku, boję się tego, że któregoś dnia po prostu przestanę być komuś potrzebna.
Pamiętam, jak kiedyś śmialiśmy się wszyscy razem przy stole. Święta, urodziny… Nawet zwykłe niedziele były wtedy świętem. Teraz dzieci wpadają na chwilę, zostawiają zakupy i znikają w swoim świecie. — Mamo, musimy lecieć, dzieci czekają — słyszę co tydzień.
Ostatnio próbowałam porozmawiać z Agnieszką o tym, jak się czuję.
— Agnieszko… Ja naprawdę czasem się boję. Sama w tym mieszkaniu…
— Mamo, przesadzasz. Przecież masz sąsiadkę, możesz zadzwonić do mnie zawsze.
— Ale to nie to samo…
— Mamo, ja naprawdę nie mogę cię teraz wziąć do siebie. Michał pracuje z domu, dzieci mają lekcje online… Nie zmieścimy się.
Zamilkłam. Znowu poczułam się winna. Może rzeczywiście przesadzam? Może powinnam być silniejsza?
Ale przecież nie zawsze byłam taka słaba. Pracowałam całe życie jako pielęgniarka w szpitalu na Banacha. Ratowałam ludziom życie, podtrzymywałam ich na duchu. Byłam potrzebna. Teraz nikt mnie nie potrzebuje.
Czasem spotykam się z sąsiadką Zosią na ławce pod blokiem. Ona też jest wdową.
— Jadwiga, ja już się przyzwyczaiłam do tej samotności — mówi ze smutnym uśmiechem. — Dzieci mają swoje sprawy. My już jesteśmy dla nich tylko dodatkiem.
— Ale przecież to nie tak miało być… — odpowiadam cicho.
W nocy budzę się i patrzę w sufit. Myślę o tym, co będzie za rok, za dwa… Czy ktoś zauważy, jeśli któregoś dnia nie odbiorę telefonu?
Próbowałam znaleźć sobie zajęcie. Zapisałam się na Uniwersytet Trzeciego Wieku. Przez chwilę poczułam się lepiej — nowe znajomości, wykłady o sztuce i historii. Ale potem przyszła pandemia i wszystko ucichło.
Czasem dzwonię do Pawła.
— Synku… Może przyjedziesz na obiad?
— Mamo, mam tyle pracy… Może w niedzielę?
W niedzielę przyjeżdża na godzinę. Zjada szybko rosół i już go nie ma.
Zaczynam myśleć o tym, czy rzeczywiście jestem dla nich ciężarem. Może powinnam przestać prosić? Może powinnam nauczyć się być sama?
Ostatnio miałam urodziny. Siedziałam sama przy stole z kawałkiem tortu kupionym w cukierni pod blokiem. Dzieci zadzwoniły z życzeniami.
— Mamo, wszystkiego najlepszego! Przepraszamy, że nie możemy przyjechać…
Łzy same napłynęły mi do oczu.
Wieczorem zadzwoniła Zosia.
— Jadwiga, chodź do mnie na herbatę. Nie siedź sama.
Poszłam. Rozmawiałyśmy długo o dawnych czasach, o dzieciach, o tym, jak bardzo brakuje nam bliskości.
— Wiesz co? — powiedziała nagle Zosia. — Może my musimy nauczyć się żyć dla siebie?
Te słowa zostały mi w głowie na długo.
Dziś rano spojrzałam w lustro i zobaczyłam kobietę zmęczoną życiem, ale jeszcze niepokonaną. Może rzeczywiście muszę znaleźć nowy sens? Może powinnam przestać czekać na telefon od dzieci i zacząć szukać radości gdzie indziej?
Ale czy to naprawdę takie proste? Czy można nauczyć się samotności?
Czasem pytam siebie: czy naprawdę jestem dla nich ciężarem? A może to ja muszę nauczyć się być dla siebie ważna? Co Wy o tym myślicie?