Wyrzucona z własnego życia: „Nie jesteś matką, tylko przekleństwem” – Mój upadek i walka o syna
– Wynoś się! – krzyknął Michał, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż zadrżały szyby w oknach. Stałam w przedpokoju z torbą w ręku, a w uszach dźwięczały mi jego słowa: „To przez ciebie Bartek jest chory! Ty go zatruwasz swoją obecnością!”
Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Jeszcze rano robiłam Bartkowi kanapki do szkoły, a wieczorem stałam na klatce schodowej, słysząc zza drzwi płacz mojego syna. Próbowałam je otworzyć, ale Michał przekręcił zamek. – Mamo! – wołał Bartek, a ja czułam, jak serce rozdziera mi się na kawałki.
Wyszłam na ulicę. Było zimno, padał deszcz. Nie miałam dokąd pójść. Mama nie odbierała telefonu, a siostra napisała tylko: „Nie mieszaj mnie w to”. Przez chwilę stałam pod blokiem, patrząc w okna naszego mieszkania. W jednym z nich widziałam cień Bartka. Chciałam krzyczeć, biec na górę, wyważyć drzwi – ale nie miałam już siły.
Bartek chorował od kilku miesięcy. Najpierw były bóle brzucha, potem gorączka i ciągłe zmęczenie. Lekarze rozkładali ręce – „To może być stres”, mówili. Michał coraz częściej patrzył na mnie z wyrzutem. – To przez twoje nerwy! Przenosisz na niego swoje lęki! – powtarzał. Próbowałam tłumaczyć, że sama nie wiem, co się dzieje, że robię wszystko, by mu pomóc. Ale dla Michała byłam winna wszystkiemu.
Następnego dnia rano poszłam do pracy. Szefowa spojrzała na mnie z politowaniem. – Słyszałam… Michał dzwonił do mnie wczoraj wieczorem. Powiedział, że masz problemy psychiczne i nie powinnaś pracować z ludźmi. Może powinnaś wziąć urlop? – zaproponowała chłodno.
Czułam się jak trędowata. Wszyscy patrzyli na mnie jak na potwora. Sąsiadka z naprzeciwka odwróciła wzrok, kiedy weszłam do sklepu po bułki. Nawet pani w aptece podała mi leki z niechęcią.
Wieczorem zadzwoniła mama Michała. – Powinnaś się leczyć. Bartek potrzebuje spokoju, a ty tylko wszystko komplikujesz. Może lepiej będzie, jak na jakiś czas znikniesz? – powiedziała bez cienia współczucia.
Zamieszkałam u koleżanki z pracy, Magdy. Spałam na jej kanapie i każdej nocy płakałam w poduszkę. Magda próbowała mnie pocieszać: – Musisz walczyć o Bartka! Nie możesz się poddać! Ale ja czułam się jak cień człowieka.
Tymczasem Michał zaczął rozpowiadać wszystkim, że jestem „toksyczna”, że Bartek boi się ze mną przebywać. Złożył wniosek o ograniczenie mi praw rodzicielskich. Sąd wyznaczył rozprawę.
Na pierwszej rozprawie Michał przyszedł z matką i adwokatem. Ja byłam sama. Sędzia patrzył na mnie surowo: – Czy jest pani w stanie zapewnić dziecku odpowiednią opiekę? Czy była pani leczona psychiatrycznie? – pytał.
– Nie… Nigdy… – głos mi się łamał.
– Proszę mówić głośniej – upomniał mnie sędzia.
Michał zeznawał, że jestem niestabilna emocjonalnie, że krzyczę na Bartka i nie dbam o niego. Jego matka potwierdzała każde słowo.
Po rozprawie spotkałam Bartka na korytarzu sądu. Przytulił mnie mocno i szeptał: – Mamo, chcę do ciebie…
Ale Michał odciągnął go brutalnie: – Nie słuchaj jej! Ona cię skrzywdzi!
Czułam się jakby ktoś wyciągnął mi serce z piersi i rzucił je na bruk.
Przez kolejne tygodnie walczyłam o każdy kontakt z synem. Pisałam listy do sądu, prosiłam o mediacje. Zaczęłam chodzić do psychologa, żeby udowodnić wszystkim – i sobie – że nie jestem „przekleństwem”, jak nazwała mnie teściowa.
Pewnego dnia dostałam wiadomość od Bartka: „Mamo, tęsknię za tobą”. Wiedziałam, że Michał zabronił mu pisać do mnie, więc ten jeden SMS znaczył dla mnie więcej niż wszystko inne.
Zaczęłam zbierać dokumenty: zaświadczenia od lekarzy, opinie psychologa, świadectwa pracy. Magda pomagała mi pisać pisma do sądu. W końcu dostałam zgodę na widzenia z Bartkiem raz w tygodniu.
Pierwsze spotkanie odbyło się w obecności kuratora. Bartek rzucił mi się na szyję i płakał długo bez słowa. Kurator patrzył na nas z powagą, ale widziałam w jego oczach współczucie.
Po kilku miesiącach walki sąd przyznał mi prawo do opieki naprzemiennej. Michał był wściekły, ale nie mógł już nic zrobić.
Dziś mieszkam z Bartkiem w małym mieszkaniu wynajętym od znajomej Magdy. Każdego dnia uczymy się żyć od nowa – ja jako matka po przejściach, on jako dziecko rozdarte między dwojgiem rodziców.
Czasem budzę się w nocy zlękniona, że to wszystko był tylko sen i zaraz znów zostanę wyrzucona na ulicę. Ale kiedy Bartek przytula się do mnie i mówi: „Mamo, kocham cię”, wiem, że było warto walczyć.
Czy naprawdę można odebrać komuś prawo do bycia matką tylko dlatego, że jest słabszy? Ile jeszcze kobiet musi przejść przez piekło samotności i odrzucenia, zanim ktoś uwierzy w ich prawdę?