„Majka mnie ostrzegała: życie z rodziną męża to nie bajka”. Rok po śmierci teściowej walczę o własny kąt i szacunek.
— Znowu nie zamknęłaś drzwi do łazienki! — głos mojego szwagra, Pawła, przeszył ciszę poranka jak nóż. Stałam przy kuchennym blacie, krojąc chleb dla dzieci, i poczułam, jak krew napływa mi do twarzy. — Przepraszam, zapomniałam — odpowiedziałam cicho, starając się nie patrzeć mu w oczy.
To był jeden z tych drobnych zarzutów, które od roku padają niemal codziennie. Odkąd Gabriela, moja teściowa, odeszła nagle na zawał, dom na obrzeżach Radomia przestał być miejscem, gdzie czułam się bezpieczna. Zostałam tu z mężem Tomkiem, jego ojcem i Pawłem – wiecznie niezadowolonym kawalerem po trzydziestce. Każdy dzień to walka o odrobinę prywatności i szacunku.
Pamiętam, jak mama ostrzegała mnie przed ślubem: „Kasia, życie z rodziną męża to nie bajka. Zastanów się, czy chcesz być gościem we własnym domu”. Wtedy wydawało mi się, że przesadza. Gabriela była serdeczna, traktowała mnie jak córkę. To ona broniła mnie przed docinkami teścia i Pawła, to ona tłumaczyła Tomkowi, że powinien pomagać przy dzieciach. Po jej śmierci wszystko się rozpadło.
— Kasia, a gdzie są moje klucze? — Tomek wszedł do kuchni z miną obrażonego dziecka. — Nie widziałam ich — odpowiedziałam spokojnie, choć miałam ochotę krzyknąć: „Nie jestem twoją matką!”
Dzieci jadły śniadanie w ciszy. Starsza córka, Zosia, spojrzała na mnie z troską. Miała dopiero osiem lat, a już rozumiała więcej niż powinna. Młodszy synek, Michałek, bawił się kromką chleba. W takich chwilach czułam się najbardziej samotna.
Wieczorami siadałam na łóżku i pisałam do mamy: „Miałaś rację. Bez Gabrieli jestem tu nikim”. Mama odpisywała: „Kasiu, wracaj do domu. Zawsze masz tu miejsce”. Ale jak mogłam wrócić? Miałam męża, dzieci, kredyt na dom…
Najgorsze były weekendy. Paweł zapraszał kolegów na piwo i głośno komentował wszystko: mój obiad („Znowu schabowe? Może byś coś nowego ugotowała?”), sposób wychowania dzieci („Za miękka jesteś!”), nawet to, jak się ubieram („W tej bluzce wyglądasz jak własna babcia”). Teść milczał albo przytakiwał synowi. Tomek udawał, że nie słyszy.
Pewnego wieczoru nie wytrzymałam. — Tomek, musimy porozmawiać — zaczęłam drżącym głosem. — Nie mogę tak żyć. Paweł traktuje mnie jak służącą, tata udaje, że mnie nie ma…
Tomek wzruszył ramionami: — Przesadzasz. Paweł taki już jest. Nie zwracaj uwagi.
— Ale ja tu mieszkam! To też mój dom! — głos mi się załamał.
— Jak ci nie pasuje… — zaczął Tomek, ale urwał.
Wyszłam na balkon i rozpłakałam się jak dziecko. Przypomniałam sobie słowa mamy: „Nie pozwól nikomu siebie zniszczyć”.
Następnego dnia zadzwoniłam do pracy i poprosiłam o dodatkowe zmiany. Chciałam jak najmniej czasu spędzać w domu. Dzieci zostawały z dziadkiem albo Pawłem. Kiedy wracałam wieczorem, czułam się jak intruz.
W listopadzie minął rok od śmierci Gabrieli. Z tej okazji poszliśmy na cmentarz całą rodziną. Stałam nad jej grobem i szeptałam w myślach: „Brakuje mi cię każdego dnia”. Po powrocie do domu atmosfera była jeszcze cięższa niż zwykle.
Tego wieczoru Paweł wszedł do kuchni i rzucił: — Może byś w końcu posprzątała ten bałagan? Mama by się za głowę złapała.
Nie wytrzymałam:
— Dość! Nie jestem tu sprzątaczką! Mam dosyć twoich uwag!
Paweł spojrzał na mnie z pogardą:
— Jak ci się nie podoba, droga wolna.
Tomek siedział przy stole i milczał.
Zebrałam dzieci i zamknęłam się z nimi w pokoju. Całą noc nie spałam. Nad ranem podjęłam decyzję: muszę coś zmienić.
Zaczęłam szukać mieszkania do wynajęcia. Mama obiecała pomoc finansową na start. Kiedy powiedziałam Tomkowi o swojej decyzji, był w szoku:
— Chcesz odejść? Przez mojego brata?
— Przez was wszystkich — odpowiedziałam cicho.
Tomek obiecał poprawę. Przez kilka dni próbował być milszy, ale Paweł nie zmienił się ani trochę. Teść nadal traktował mnie jak powietrze.
W końcu spakowałam rzeczy dzieci i wyprowadziłam się do mamy. Przez pierwsze tygodnie płakałam codziennie. Czułam się winna wobec Tomka i dzieci. Ale po raz pierwszy od roku mogłam swobodnie oddychać.
Dziś mija rok od tamtej decyzji. Tomek odwiedza dzieci co weekend. Paweł nie odezwał się ani razu. Teść przysłał kartkę na święta bez podpisu.
Czasem zastanawiam się: czy gdybym była silniejsza wcześniej, wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy warto było tyle znosić dla pozornej stabilizacji?
Może każda z nas musi sama przekonać się na własnej skórze, ile jest warta? A wy – co byście zrobiły na moim miejscu?