Miłość, która nie wytrzymała pod jednym dachem – życie z teściową w cieniu konfliktów
– Znowu zostawiłaś moje filiżanki na stole! – głos pani Krystyny przeszył ciszę poranka jak nóż. Stałam w kuchni, trzymając w rękach kubek z herbatą, a moje serce waliło jak oszalałe. Frank jeszcze spał, a nasz synek, Staś, bawił się w swoim pokoju. Przez chwilę miałam ochotę po prostu wyjść i nigdy nie wrócić.
To był kolejny dzień z serii tych samych kłótni. Mieszkaliśmy z teściową już ponad trzy lata, odkąd Frank stracił pracę i musieliśmy sprzedać nasze mieszkanie w Warszawie. Wtedy wydawało się to najlepszym rozwiązaniem – przecież Krystyna miała duży dom na obrzeżach miasta, a my potrzebowaliśmy czasu, by stanąć na nogi. Ale nikt nie uprzedził mnie, że ten dom stanie się moim więzieniem.
Początkowo próbowałam się dostosować. Gotowałam obiady, sprzątałam, nawet prasowałam jej rzeczy, choć nigdy mnie o to nie prosiła. Ale Krystyna zawsze znajdowała powód do niezadowolenia. Raz była to źle ułożona pościel, innym razem – moje kosmetyki zostawione w łazience. Najgorsze były jednak sytuacje, kiedy zaczynała przeszukiwać nasze rzeczy bez pytania.
Pamiętam ten dzień, kiedy wróciłam z pracy wcześniej niż zwykle. Weszłam do sypialni i zobaczyłam ją pochyloną nad moją szufladą z bielizną. – Co pani robi? – zapytałam drżącym głosem. – Szukam ręcznika, bo twoje rzeczy są wszędzie! – odpowiedziała bez cienia wstydu. Wtedy poczułam się jak intruz we własnym domu.
Frank próbował mediować, ale zawsze kończyło się tak samo: – To moja matka, musimy się dogadać – powtarzał. Ale jak można się dogadać z kimś, kto widzi we mnie tylko zagrożenie? Czułam się coraz bardziej samotna. Nawet Staś zaczął pytać: – Mamo, dlaczego babcia jest taka zła?
Najbardziej bolały mnie te drobne upokorzenia. Kiedy zaprosiłam koleżankę na kawę, Krystyna weszła do salonu i zaczęła głośno komentować: – Nie wiedziałam, że mamy tu kawiarnię! Może jeszcze ciasto upiec? Moja przyjaciółka spojrzała na mnie ze współczuciem, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
Z czasem zaczęliśmy z Frankiem coraz częściej się kłócić. On był rozdarty między mną a matką. – Przesadzasz – mówił. – Mama jest po prostu wymagająca. Ale ja wiedziałam, że to coś więcej. Krystyna nie chciała mnie zaakceptować jako żony swojego syna. Czułam to w każdym jej spojrzeniu.
Najgorszy moment przyszedł pewnego wieczoru, kiedy wróciliśmy z Frankiem z zakupów. Krystyna stała w przedpokoju z moją torebką w ręku i krzyczała: – Ile razy mam powtarzać, żebyście nie zostawiali swoich rzeczy na widoku?! To jest mój dom! Jeśli wam się nie podoba, możecie się wynosić!
Frank zbladł, a ja poczułam łzy napływające do oczu. Staś patrzył na nas szeroko otwartymi oczami. Wtedy po raz pierwszy powiedziałam na głos: – Może rzeczywiście powinniśmy się wyprowadzić.
Przez kolejne dni atmosfera była nie do zniesienia. Krystyna chodziła po domu jak królowa, ostentacyjnie ignorując mnie i Franka. Staś zaczął mieć koszmary i budził się w nocy z płaczem. Wiedziałam, że muszę coś zrobić dla dobra naszej rodziny.
Zaczęliśmy szukać mieszkania na wynajem. Nie było łatwo – ceny w Warszawie były kosmiczne, a nasze oszczędności topniały w oczach. Ale wiedziałam, że nie mogę dłużej żyć pod jednym dachem z kobietą, która traktuje mnie jak wroga.
Ostatni dzień w domu Krystyny był pełen napięcia. Pakowaliśmy rzeczy w milczeniu. Krystyna stała w drzwiach i patrzyła na nas z wyższością. – Myślicie, że gdzie indziej będzie wam lepiej? – rzuciła lodowato. Nie odpowiedziałam. Frank tylko spuścił głowę.
Kiedy zamknęliśmy za sobą drzwi, poczułam ulgę pomieszaną ze strachem. Przez pierwsze tygodnie było ciężko – nowe miejsce, brak pieniędzy, ciągłe obawy o przyszłość. Ale przynajmniej byliśmy razem i nikt nie krzyczał na mnie za filiżanki czy kosmetyki.
Frank długo nie rozmawiał z matką. Dopiero po kilku miesiącach zadzwoniła do niego z pytaniem o Stasia. Ja nadal czuję żal i nie wiem, czy kiedykolwiek będę mogła jej wybaczyć to wszystko, co nam zrobiła.
Czasem zastanawiam się: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy powinnam była bardziej walczyć o swoje miejsce w tym domu? A może po prostu niektóre relacje są skazane na porażkę od samego początku? Może wy też mieliście podobne doświadczenia? Jak sobie z tym poradziliście?