„Oddałam mamie samochód, a ona pozwoliła prowadzić go mojemu bratu. Teraz auto jest rozbite, a ja jestem winna?” – historia o rodzinnych konfliktach i granicach zaufania
– „Nie wierzę, że to zrobiłaś!” – krzyknęłam, czując jak łzy napływają mi do oczu. Stałam na środku kuchni, z kluczami do mojego samochodu w dłoni, a mama patrzyła na mnie z wyrzutem, jakby to wszystko było moją winą.
Jeszcze wczoraj byłam pewna, że mogę jej zaufać. Pożyczyłam jej samochód, bo jej własny odmówił posłuszeństwa, a ona musiała pilnie pojechać do babci do szpitala. Nie miałam żadnych wątpliwości – przecież to mama, zawsze odpowiedzialna, zawsze ostrożna. Ale dziś rano zadzwonił telefon. To był mój brat, Tomek. Jego głos drżał.
– „Ola… muszę ci coś powiedzieć. Był wypadek.”
Serce mi zamarło. Przez chwilę nie mogłam oddychać.
– „Co się stało?!”
– „Twój samochód… no… rozbiłem go. Przepraszam.”
Nie pamiętam, jak dotarłam do domu rodziców. W głowie miałam tylko jedno pytanie: dlaczego Tomek prowadził mój samochód? Przecież pożyczyłam go mamie!
Wpadłam do kuchni jak burza. Mama siedziała przy stole z filiżanką herbaty, a Tomek stał pod ścianą, blady jak ściana.
– „Dlaczego mu pozwoliłaś?!” – wykrzyczałam.
Mama spojrzała na mnie chłodno.
– „Ola, nie przesadzaj. Tomek musiał pojechać po leki dla babci. Nie miałam siły prowadzić.”
– „To był mój samochód! Pożyczyłam go TOBIE, nie jemu!”
Tomek spuścił głowę.
– „Przepraszam… Naprawdę nie chciałem. Wyskoczył mi pies na drogę, próbowałem zahamować…”
Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Mój brat od zawsze miał pecha do samochodów – dwa lata temu rozbił swój pierwszy samochód, potem jeszcze dwa razy miał stłuczki. Zawsze wychodził z tego bez szwanku, ale tym razem chodziło o moje auto. Moje jedyne narzędzie do pracy, do codziennego życia.
– „I co teraz?” – zapytałam cicho.
Mama wzruszyła ramionami.
– „Przecież to tylko samochód. Najważniejsze, że nikomu nic się nie stało.”
Poczułam, jak narasta we mnie złość.
– „To nie jest tylko samochód! To moje pieniądze, moja praca! Kto mi to teraz odda?”
Tomek spojrzał na mnie błagalnie.
– „Ola, oddam ci wszystko… tylko daj mi trochę czasu.”
Wiedziałam, że nie ma z czego oddać. Pracuje dorywczo na budowie, ledwo wiąże koniec z końcem. Mama patrzyła na mnie z wyrzutem.
– „Nie przesadzaj. Zawsze byłaś taka samolubna.”
Te słowa zabolały mnie bardziej niż cała ta sytuacja. Samolubna? Ja? Przecież to ja zawsze wszystkim pomagałam – pożyczałam pieniądze Tomkowi na studia, opiekowałam się babcią, kiedy mama była w pracy. A teraz jestem samolubna, bo chcę odzyskać swój samochód?
Wyszłam z domu trzaskając drzwiami. Na podjeździe stało moje rozbite auto – maska wgnieciona, reflektor rozbity, błotnik pognieciony jak kartka papieru. Mechanik powiedział mi przez telefon, że naprawa będzie kosztować więcej niż połowa wartości auta. Ubezpieczenie nie pokryje szkody – Tomek nie był wpisany jako kierowca.
Przez kolejne dni nie mogłam spać. W pracy byłam rozkojarzona, szef patrzył na mnie krzywo. Musiałam jeździć autobusami i tramwajami – tracąc codziennie dwie godziny na dojazdy. Każda rozmowa z mamą kończyła się kłótnią.
Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie ciocia Basia.
– „Olu, słyszałam o tym wszystkim… Może powinnaś odpuścić? To tylko rzecz.”
– „Ciociu, ale ja już mam dość! Zawsze muszę być tą odpowiedzialną! Dlaczego nikt nie widzi mojego wysiłku?”
– „Bo jesteś silna i wszyscy się do tego przyzwyczaili.”
Te słowa zapadły mi w pamięć. Czy naprawdę bycie silną oznacza bycie niewidzialną? Czy mam prawo domagać się sprawiedliwości od własnej rodziny?
Tomek przyszedł do mnie tydzień później z kopertą w ręku.
– „Tu masz… pierwsze 500 złotych. Będę ci oddawał co miesiąc.”
Spojrzałam na niego i zobaczyłam w jego oczach strach i wstyd. Chciałam go przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze… ale nie potrafiłam. Za dużo we mnie było żalu.
Mama przestała się do mnie odzywać na kilka dni. Potem przyszła z ciastem i udawała, że nic się nie stało.
– „Może byś już przestała się dąsać?” – rzuciła mimochodem.
Nie odpowiedziałam jej nic. Wiedziałam już, że ta sytuacja zostawi ślad na długo – nie tylko na moim samochodzie, ale przede wszystkim w naszych relacjach.
Czasem zastanawiam się: czy rodzina ma prawo przekraczać nasze granice tylko dlatego, że jest rodziną? Czy wybaczenie zawsze oznacza zapomnienie? A może czasem trzeba postawić siebie na pierwszym miejscu?