Trzy dni przed ślubem teściowie podsunęli mi upokarzającą umowę – nie wiedzieli, kim naprawdę jestem
– Podpisz to, Marto. Tak będzie najlepiej dla wszystkich – powiedziała zimno teściowa, przesuwając w moją stronę plik papierów. Siedzieliśmy przy długim stole w ich salonie na warszawskim Mokotowie. Było duszno, a zegar na ścianie tykał głośniej niż zwykle. Trzy dni dzieliły mnie od ślubu z Piotrem, a ja czułam się jak bohaterka kiepskiego serialu.
Spojrzałam na dokumenty. „Umowa przedślubna” – głosił nagłówek. Każda strona była wypełniona drobnym drukiem. Ograniczenia, zakazy, klauzule o majątku, o dzieciach, nawet o tym, gdzie mamy mieszkać po ślubie. „W przypadku rozwodu Marta Kowalska zrzeka się wszelkich praw do mieszkania przy ul. Puławskiej oraz do firmy rodzinnej państwa Nowaków” – czytałam z niedowierzaniem.
– To jakiś żart? – zapytałam cicho, patrząc na Piotra. Mój narzeczony unikał mojego wzroku. Jego matka poprawiła okulary i uśmiechnęła się chłodno.
– To tylko formalność. Chcemy mieć pewność, że nie zależy ci na pieniądzach – powiedziała.
Wtedy poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez ostatnie miesiące znosiłam ich drobne złośliwości: komentarze o mojej rodzinie z małego miasta, o tym, że „nie pasuję do ich świata”. Ale to było za dużo.
– A co na to Piotr? – zapytałam, próbując utrzymać głos na wodzy.
– Kochanie… – zaczął niepewnie – To tylko papier. Dla spokoju mamy.
Zacisnęłam pięści pod stołem. Przypomniałam sobie rozmowy z mamą: „Nie daj sobą pomiatać, Martuś. Jesteś silniejsza, niż myślisz”. Miałam ochotę wybiec z tego domu i nigdy nie wracać. Ale wtedy spojrzałam na teściową i zobaczyłam w jej oczach triumf. Nie mogłam jej tego dać.
– Dobrze – powiedziałam spokojnie, biorąc długopis do ręki. – Ale mam jeden warunek.
Teściowa uniosła brwi.
– Chcę, żebyście przeczytali coś jeszcze – wyjęłam z torebki własny dokument i położyłam go na stole. „Oświadczenie Marty Kowalskiej” – głosił nagłówek.
– Co to jest? – zapytał teść z niechęcią.
– Moje warunki – odpowiedziałam twardo. – Jeśli podpiszę waszą umowę, wy podpiszecie moją. Zgadzacie się nie ingerować w nasze życie prywatne i decyzje dotyczące dzieci. Nie będziecie komentować mojej rodziny ani pochodzenia. Jeśli złamiecie te zasady, umowa traci ważność.
Zapadła cisza. Piotr patrzył na mnie z niedowierzaniem, a teściowa zacisnęła usta.
– To absurdalne! – syknęła.
– Tak samo jak wasza umowa – odparłam spokojnie.
Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz wyrzucą mnie za drzwi. Ale wtedy Piotr odezwał się cicho:
– Mamo, tato… Może Marta ma rację?
Teść spojrzał na niego ostro:
– Synu, nie rozumiesz… Chcemy cię chronić!
– Przed czym? Przed kobietą, którą kocham? – Piotr pierwszy raz od miesięcy stanął po mojej stronie.
Teściowa spojrzała na mnie z nienawiścią w oczach.
– Myślisz, że możesz tu stawiać warunki? Wiesz w ogóle, kim jesteśmy?
Uśmiechnęłam się lekko.
– Wiem doskonale. Ale wy nie wiecie wszystkiego o mnie.
Wtedy po raz pierwszy poczułam się silna. Przez całe życie słyszałam, że jestem „dziewczyną z prowincji”, że powinnam być wdzięczna za szansę wejścia do „lepszego świata”. Ale nikt nie wiedział, że przez ostatnie dwa lata prowadziłam własną firmę informatyczną i właśnie podpisałam kontrakt życia z dużą spółką technologiczną. Nie chwaliłam się tym nikomu poza rodzicami – nie chciałam być oceniana przez pryzmat pieniędzy.
Spojrzałam na teściową i powiedziałam spokojnie:
– Nie zależy mi na waszych pieniądzach ani mieszkaniu. Ale nie pozwolę sobą pomiatać.
Teściowa milczała dłuższą chwilę, po czym wstała i wyszła z pokoju trzaskając drzwiami. Teść spojrzał na mnie z pogardą:
– Zobaczymy, jak długo wytrzymasz w tej rodzinie.
Piotr podszedł do mnie i ścisnął moją dłoń.
– Przepraszam… Nie wiedziałem, że tak to wygląda z twojej perspektywy.
Popatrzyłam mu prosto w oczy:
– Jeśli mamy być razem, musisz być po mojej stronie. Inaczej to nie ma sensu.
Tego wieczoru wróciłam do siebie i długo płakałam. Nie ze strachu czy żalu – z ulgi i dumy. Po raz pierwszy od dawna poczułam się sobą.
Ślub odbył się trzy dni później bez fanfar i bez obecności teściów. Piotr wybrał mnie – a ja wybrałam siebie. Przez kolejne miesiące musieliśmy walczyć o każdy dzień razem: plotki w rodzinie Piotra, ciche telefony od teściowej z groźbami i szantażem emocjonalnym, docinki podczas rodzinnych spotkań. Ale byliśmy razem i to dawało mi siłę.
Dziś wiem jedno: czasem trzeba postawić wszystko na jedną kartę i zawalczyć o siebie – nawet jeśli oznacza to samotność i odrzucenie przez tych, którzy powinni być wsparciem.
Czy naprawdę rodzina powinna być miejscem walki o godność? A może czasem lepiej wybrać siebie niż spełniać cudze oczekiwania?