„Powiedział, że bez niego zginiemy. Rok później byłam właścicielką jego firmy” – Historia Anny z Warszawy
– Anna, przestań się łudzić. Bez mojego nazwiska i pieniędzy zdechniesz z głodu – syknął Tomasz, trzaskając drzwiami mieszkania na Pradze. Stałam w korytarzu z walizką w jednej ręce i ręką mojego dziesięcioletniego syna w drugiej. W głowie dudniły mi jego słowa, a serce waliło jak oszalałe. Jeszcze wczoraj byłam żoną właściciela dobrze prosperującej firmy transportowej, dziś – nikim.
– Mamo, gdzie teraz pójdziemy? – zapytał cicho Vladek, patrząc na mnie wielkimi oczami. Nie miałam pojęcia. Moja matka mieszkała w małym mieszkaniu na Grochowie, a ja od lat nie pracowałam – Tomasz uważał, że „żona prezesa” nie powinna się brudzić robotą.
Wsiadłam z synem do tramwaju. W kieszeni miałam 200 złotych i telefon z rozładowaną baterią. Przez całą drogę powtarzałam sobie: „Nie dam mu tej satysfakcji. Nie pozwolę mu zobaczyć mnie na kolanach”.
Pierwsze tygodnie były koszmarem. Spałam z Vladkiem na rozkładanej kanapie u mamy, szukałam pracy, ale wszędzie słyszałam: „Nie ma doświadczenia”, „Za stara”, „Za długo poza rynkiem”. Tomasz przysyłał alimenty nieregularnie, czasem nie przysyłał wcale. Kiedy dzwoniłam, odbierała ta nowa – Paulina – i śmiała mi się w słuchawkę.
Pewnego dnia, kiedy wracałam z kolejnej nieudanej rozmowy o pracę, zobaczyłam ogłoszenie: „Zatrudnię osobę do biura, znajomość Excela mile widziana”. Zgłosiłam się, chociaż Excel znałam tylko z kursu online. Pracowałam za najniższą krajową w małej hurtowni spożywczej, ale to była moja pierwsza własna pensja od lat. Każdego dnia uczyłam się czegoś nowego – faktur, zamówień, rozmów z klientami.
Wieczorami płakałam w poduszkę. Mama powtarzała: „Aniu, dasz radę. Jesteś silniejsza niż myślisz”. Vladek tulił się do mnie i mówił: „Mamo, ja ci pomogę”.
Minął rok. Tomasz coraz rzadziej kontaktował się z synem. Słyszałam od znajomych, że jego firma zaczyna mieć kłopoty – nowa partnerka nie znała się na biznesie, a on coraz częściej zaglądał do kieliszka.
Pewnego dnia zadzwonił do mnie jego wspólnik, pan Marek.
– Pani Anno… Przepraszam, że tak nagle, ale… Tomasz jest nie do życia. Firma tonie. Potrzebujemy kogoś ogarniętego do papierów i kontaktu z kierowcami. Pani zna branżę lepiej niż on teraz.
Zgodziłam się bez namysłu. Wróciłam do biura, które kiedyś było moim drugim domem. Kierowcy patrzyli na mnie nieufnie – byłam „żoną szefa”, która nagle wróciła po rozwodzie. Ale szybko pokazałam im, że potrafię rozwiązywać problemy lepiej niż Tomasz.
Pracowałam po 12 godzin dziennie. Zaczęłam od porządkowania dokumentów i rozmów z klientami, potem sama jeździłam na spotkania i negocjowałam kontrakty. Marek coraz częściej powtarzał: „Bez pani to wszystko by padło”.
Tomasz pojawił się raz w biurze – pijany, agresywny.
– Myślisz, że dasz radę? To wszystko runie bez mojego nazwiska! – krzyczał.
Spojrzałam mu prosto w oczy.
– Już dawno nie masz tu nic do powiedzenia.
Kilka miesięcy później Marek zaproponował mi wykupienie udziałów Tomasza – za grosze. Zgodziłam się bez wahania. Stałam się właścicielką firmy transportowej, którą Tomasz uważał za swoje dziecko.
Pierwszy raz od lat poczułam dumę. Kupiłam z Vladkiem małe mieszkanie na Targówku. Po raz pierwszy od rozwodu usiedliśmy razem przy stole i śmialiśmy się bez strachu o jutro.
Dziś prowadzę firmę zatrudniającą 30 osób. Tomasz czasem dzwoni pijany i prosi o pieniądze. Paulina dawno go zostawiła.
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: Jak to możliwe, że kobieta, którą ktoś wyrzucił na bruk, dziś daje innym pracę i bezpieczeństwo? Czy naprawdę trzeba upaść na samo dno, żeby odkryć własną siłę? Co wy o tym myślicie?