Między miłością a rozpaczą: Jak wygląda życie z własną matką, gdy masz 45 lat i nie możesz odejść

Już od rana czułam, jak wzbiera we mnie napięcie. Siedziałam przy kuchennym stole, patrząc na parującą herbatę, gdy zza drzwi dobiegł mnie znajomy, niecierpliwy głos mojej matki:

– Renata! Znowu nie wyjęłaś prania z pralki! Ile razy mam powtarzać?

Westchnęłam ciężko. Miałam 45 lat, a czułam się jak nastolatka przyłapana na wagarach. Wstałam powoli, czując w kościach zmęczenie, które nie miało nic wspólnego z wiekiem. To był ten rodzaj zmęczenia, który osiada w duszy, nie w ciele.

– Już idę, mamo – odpowiedziałam cicho, choć wiedziałam, że to niczego nie zmieni.

Moja mama, Zofia, miała 70 lat i energię, której mogłaby jej pozazdrościć niejedna trzydziestolatka. Ale ta energia była skierowana głównie na mnie – na kontrolowanie, krytykowanie i przypominanie mi o każdym błędzie. Gdy tylko weszłam do łazienki, już stała w drzwiach z rękami założonymi na piersi.

– Ty chyba nigdy się nie nauczysz porządku. Gdybyś była bardziej odpowiedzialna, może twój mąż by cię nie zostawił – rzuciła z przekąsem.

Zacisnęłam zęby. To był jej ulubiony temat – mój rozwód. Kiedyś miałam męża, Pawła. Wytrzymał z nami pod jednym dachem tylko pół roku. Pewnego dnia wróciłam z pracy i znalazłam go pakującego walizki.

– Przepraszam, Renata. Dłużej nie dam rady. Twoja matka… ona mnie wykańcza – powiedział wtedy, nawet nie patrząc mi w oczy.

Nie zatrzymałam go. Może powinnam była walczyć, może powinnam była postawić się mamie. Ale wtedy wydawało mi się, że nie mam wyboru. Mama była po udarze, potrzebowała opieki. A ja? Ja byłam jej jedyną córką.

Od tamtej pory minęły trzy lata. Każdy dzień wyglądał podobnie: praca w urzędzie gminy, szybkie zakupy w Biedronce, powrót do domu i wieczna kontrola. Mama nie była całkiem niesamodzielna – sama gotowała, czasem nawet wychodziła na spacer z sąsiadką. Ale jej obecność była jak cień – wszędzie za mną.

Wieczorami zamykałam się w swoim pokoju i słuchałam muzyki przez słuchawki, żeby zagłuszyć jej głos. Czasem płakałam w poduszkę, czasem pisałam długie maile do przyjaciółki z liceum, Magdy, która mieszkała w Poznaniu.

Pewnego wieczoru Magda zadzwoniła.

– Renata, musisz coś zmienić. Przecież ty się dusisz! – powiedziała stanowczo.

– Nie mogę jej zostawić samej… Ona nie ma nikogo poza mną – odpowiedziałam bez przekonania.

– A siebie masz? – zapytała cicho.

To pytanie wracało do mnie nocami jak bumerang.

Najgorsze były święta. Wtedy mama zamieniała się w sędzię mojego życia.

– Gdybyś wyszła za Marka z sąsiedztwa, miałabyś dzieci i normalną rodzinę! Ale ty zawsze musiałaś być inna! – powtarzała przy stole.

Wtedy czułam się jak dziecko bezbronnie wystawione na pastwę dorosłych. Nawet mój brat, Andrzej, który mieszkał w Warszawie i odwiedzał nas raz na pół roku, nie rozumiał sytuacji.

– Przesadzasz, Renata. Mama jest już stara, trzeba jej trochę odpuścić – mówił podczas jednej z wizyt.

– Łatwo ci mówić! Ty tu nie mieszkasz! – wybuchłam wtedy pierwszy raz od lat.

Andrzej spojrzał na mnie zaskoczony.

– Może powinnaś znaleźć sobie kogoś? Albo chociaż wyjść do ludzi? – zaproponował niezręcznie.

Parsknęłam śmiechem przez łzy.

– Kogo? Każdy facet ucieknie stąd szybciej niż Paweł!

Mama podsłuchała tę rozmowę i przez tydzień chodziła obrażona.

Z czasem zaczęłam zauważać u siebie objawy depresji: bezsenność, brak apetytu, ciągłe poczucie winy. Poszłam nawet do psychologa w pobliskim ośrodku zdrowia.

– Pani Renato, musi pani zadbać o siebie. Może warto porozmawiać z mamą szczerze? – zaproponowała terapeutka.

Spróbowałam. Pewnego wieczoru usiadłam naprzeciwko mamy w kuchni.

– Mamo… czuję się bardzo samotna i zmęczona tym wszystkim. Potrzebuję trochę przestrzeni dla siebie – zaczęłam drżącym głosem.

Mama spojrzała na mnie chłodno.

– Przestrzeni? Ja ci daję dach nad głową! Gdyby nie ja, byłabyś nikim! – krzyknęła.

Poczułam się tak mała jak nigdy dotąd. Wyszłam z domu i długo chodziłam po okolicy. W końcu usiadłam na ławce przy placu zabaw i rozpłakałam się jak dziecko.

W pracy też zaczęło być ciężko. Szefowa zwróciła mi uwagę na spadek wydajności.

– Renata, co się z tobą dzieje? Zawsze byłaś sumienna…

Nie potrafiłam odpowiedzieć. Bałam się zwolnienia – praca była moją jedyną odskocznią od domu.

Pewnego dnia dostałam list polecony – wezwanie do sądu rodzinnego. Okazało się, że mama chce przepisać dom na mnie pod warunkiem… że nigdy jej nie zostawię samej.

– To dla twojego dobra! – tłumaczyła mi potem przy herbacie. – Przynajmniej będziesz miała gdzie mieszkać!

– Ale ja chcę mieć wybór! – wykrzyknęłam rozpaczliwie.

Mama wzruszyła ramionami.

– W życiu nie ma wyborów. Są tylko obowiązki.

Zaczęłam rozważać wyjazd za granicę do pracy sezonowej. Magda obiecała pomoc w znalezieniu czegoś w Niemczech. Ale sumienie mnie dusiło: co będzie z mamą?

W końcu przyszedł dzień przełomu. Mama przewróciła się w łazience i złamała rękę. Spędziłyśmy kilka godzin na SOR-ze w Nowym Sączu. Widziałam jej strach i bezradność pierwszy raz w życiu.

Wróciłyśmy do domu późno w nocy. Pomagałam jej się przebrać i wtedy powiedziała cicho:

– Przepraszam… Może rzeczywiście za bardzo cię trzymam przy sobie…

Poczułam ulgę pomieszaną ze smutkiem. Może jest jeszcze nadzieja na zmianę?

Dziś siedzę przy tym samym kuchennym stole i piszę te słowa. Mama śpi w swoim pokoju po rehabilitacji. Ja planuję pierwszy samotny wyjazd nad morze od lat – choćby na weekend.

Czy można kochać kogoś tak bardzo i jednocześnie czuć się przez niego więźniem? Czy jestem egoistką, jeśli chcę żyć własnym życiem? Czekam na wasze historie i rady – może ktoś już przeszedł tę drogę i wie, jak znaleźć równowagę między miłością a wolnością.