Pozwolić byłej żonie męża zamieszkać z nami, by uniknąć alimentów? Moja rodzina na krawędzi
— Marta, musimy poważnie porozmawiać — powiedział Tomek, patrząc mi prosto w oczy. Siedzieliśmy przy kuchennym stole, a ja czułam, jak serce zaczyna mi bić szybciej. W powietrzu wisiało coś ciężkiego, coś, co miało zmienić wszystko.
— O co chodzi? — zapytałam ostrożnie, bo znałam ten ton. To nie była rozmowa o zakupach czy planach na weekend.
Tomek wziął głęboki oddech. — Chodzi o Anetę. O alimenty. Wiesz, że sąd podniósł mi kwotę i ledwo daję radę. Ale… jest sposób, żeby tego uniknąć.
Zamarłam. Aneta — jego była żona, matka jego syna, Kacpra. Zawsze była gdzieś w tle naszego życia, ale nigdy nie sądziłam, że stanie się jego centrum.
— Jaki sposób? — spytałam, choć już czułam niepokój.
— Gdyby Aneta zamieszkała z nami… Sąd uznałby, że tworzymy wspólne gospodarstwo domowe i nie musiałbym płacić alimentów. To tylko na jakiś czas, dopóki nie ogarnie się finansowo. Pomyśl, ile byśmy zaoszczędzili…
Patrzyłam na niego jak na obcego człowieka. — Chcesz, żeby TWOJA BYŁA ŻONA zamieszkała z nami? W naszym domu? Z naszymi dziećmi?
— Marta, proszę… To tylko formalność. Ona nie ma gdzie się podziać. Kacper byłby szczęśliwy. A my… no wiesz…
Nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Przez głowę przelatywały mi obrazy: Aneta przy naszym stole, Aneta w łazience rano, Aneta rozmawiająca z moją córką Zosią. Czy to jeszcze mój dom?
— Tomek, czy ty siebie słyszysz? — głos mi zadrżał. — Przecież to absurd! Jak mam zaufać tobie i jej pod jednym dachem?
— Przesadzasz! — podniósł głos. — To tylko dla pieniędzy! Przecież mnie znasz!
Ale czy znałam? Czy po tym wszystkim mogłam mu jeszcze ufać?
Przez kolejne dni atmosfera w domu była gęsta jak mgła nad Wisłą w listopadzie. Tomek chodził naburmuszony, unikał mnie wzrokiem. Zosia pytała szeptem: „Mamo, dlaczego tata jest taki zły?”
W pracy nie mogłam się skupić. Koleżanka z biura, Kasia, zauważyła moje rozkojarzenie.
— Co się dzieje? — zapytała podczas przerwy na kawę.
Opowiedziałam jej wszystko. Kasia aż zakrztusiła się kawą.
— Ty chyba żartujesz! Przecież to się nie może udać! — wykrzyknęła. — Przecież to ty będziesz tą trzecią!
Wróciłam do domu z jeszcze większym ciężarem na sercu. Wieczorem usiadłam na łóżku obok Tomka.
— Nie mogę się na to zgodzić — powiedziałam cicho. — To nie jest rozwiązanie. To ucieczka od odpowiedzialności.
Tomek milczał przez chwilę.
— Marta… Ja naprawdę nie mam wyjścia. Nie stać mnie na te alimenty. Jeśli się nie zgodzisz… nie wiem, co będzie dalej.
Poczułam się jak w potrzasku. Z jednej strony chciałam mu pomóc, z drugiej — czułam się zdradzona i upokorzona.
Kilka dni później Tomek przyprowadził Anetę do naszego domu „na rozmowę”. Siedzieliśmy we trójkę przy stole. Aneta była spięta, unikała mojego wzroku.
— Marta… Ja naprawdę nie mam gdzie się podziać — powiedziała cicho. — Nie chcę być ciężarem… Ale Kacper tęskni za ojcem.
Patrzyłam na nią i widziałam kobietę zmęczoną życiem, zagubioną i przestraszoną. Ale czy to wystarczyło, bym mogła jej zaufać?
W nocy nie mogłam spać. Przewracałam się z boku na bok, myśląc o tym wszystkim: o Kacprze, o Zosi, o Tomku i o sobie samej. Czy jestem egoistką? Czy powinnam poświęcić swoje poczucie bezpieczeństwa dla dobra innych?
Rano zadzwoniła moja mama.
— Martuśka… Coś ty taka smutna? — zapytała od razu.
Opowiedziałam jej wszystko. Mama westchnęła ciężko.
— Dziecko… Pieniądze to nie wszystko. Ale rodzina… rodzina to świętość. Tylko pamiętaj: jeśli raz pozwolisz komuś wejść do swojego życia za daleko, potem trudno go wyprosić.
Te słowa dźwięczały mi w głowie cały dzień.
W końcu podjęłam decyzję.
Wieczorem usiedliśmy wszyscy razem: ja, Tomek i Aneta.
— Nie zgadzam się — powiedziałam stanowczo. — To jest mój dom i moje dzieci muszą czuć się tu bezpiecznie. Rozumiem waszą sytuację i chcę pomóc Kacprowi, ale nie kosztem własnej rodziny i własnego spokoju.
Tomek patrzył na mnie długo w milczeniu. Widziałam w jego oczach rozczarowanie i gniew.
Aneta spuściła wzrok.
— Przepraszam… — szepnęła.
Po tej rozmowie Tomek przez kilka dni był chłodny i zdystansowany. Zastanawiałam się, czy nasz związek to przetrwa.
Ale kiedy wieczorem tuliłam Zosię do snu i słyszałam jej spokojny oddech, wiedziałam jedno: zrobiłam to dla niej. I dla siebie.
Czasem życie stawia nas przed wyborami niemożliwymi do pogodzenia z sumieniem i sercem. Czy można uratować rodzinę bez poświęcania siebie? Czy miłość naprawdę wszystko wybaczy?