Kiedy Moja Córka Została Wdową, Jej Córka Utrudniła Jej Życie – Lata Później Role Się Odwróciły
– Mamo, nie rozumiesz! – krzyknęła Marta, trzaskając drzwiami swojego pokoju. Stałam w kuchni z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, próbując zmyć z talerzy resztki obiadu, który i tak nikt nie tknął. W powietrzu wisiała cisza, przerywana tylko szlochem mojej wnuczki Zuzi, która siedziała skulona na kanapie. To był trzeci miesiąc po pogrzebie Pawła, męża Marty i ojca Zuzi. Wszyscy byliśmy rozbici, ale to właśnie Marta wydawała się najbardziej zagubiona.
Czułam się bezradna. Chciałam pomóc córce, ale każda próba rozmowy kończyła się kłótnią. Zuzia, mająca wtedy zaledwie dwanaście lat, nie rozumiała, dlaczego mama ciągle płacze albo zamyka się w pokoju na całe godziny. Próbowałam tłumaczyć jej, że dorosłym też jest ciężko, ale ona tylko wzruszała ramionami i uciekała do swojego świata – do rysunków i głośnej muzyki.
Pewnego wieczoru usłyszałam przez cienką ścianę rozmowę Marty z Zuzią. – Mamo, czy ty jeszcze kiedyś będziesz się uśmiechać? – zapytała cicho Zuzia. – Nie wiem, kochanie – odpowiedziała Marta łamiącym się głosem. – Bardzo się staram, ale wszystko mnie boli.
Wtedy zrozumiałam, że obie są w pułapce żałoby, każda na swój sposób. Marta próbowała być silna dla córki, ale nie potrafiła znaleźć w sobie siły na codzienność. Zuzia natomiast czuła się opuszczona przez oboje rodziców – jednego straciła na zawsze, drugi zniknął emocjonalnie.
Z czasem zaczęły się pierwsze konflikty. Marta próbowała wrócić do pracy w bibliotece, ale Zuzia stanowczo protestowała. – Nie chcę zostawać sama! – krzyczała. – Boję się, że ty też znikniesz! Marta była rozdarta: z jednej strony musiała zarabiać na życie, z drugiej nie chciała zostawiać córki samej z jej lękami.
Pewnego dnia Marta poznała Michała – wdowca z sąsiedztwa. Zaczęli się spotykać na kawę, rozmawiać o książkach i życiu. Po raz pierwszy od miesięcy widziałam uśmiech na twarzy mojej córki. Ale Zuzia była nieugięta. – Nie chcę żadnego Michała! Tata był tylko jeden! – wykrzykiwała przy każdej okazji.
Marta próbowała tłumaczyć: – Zuziu, nikt nie zastąpi twojego taty. Ale ja też potrzebuję kogoś bliskiego…
– To znaczy, że już go nie kochasz? – pytała Zuzia ze łzami w oczach.
– Kocham go i zawsze będę kochać. Ale życie musi toczyć się dalej…
Zuzia zamknęła się jeszcze bardziej. Przestała rozmawiać z matką, zaczęła opuszczać lekcje i coraz częściej wracała do domu późno. Marta była na skraju załamania nerwowego. Próbowałam mediować między nimi, ale każda rozmowa kończyła się awanturą.
Pamiętam jeden szczególny wieczór. Siedziałyśmy we trzy przy stole, a atmosfera była tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Nagle Zuzia wybuchła: – Gdyby tata żył, wszystko byłoby inaczej! Ty nawet nie próbujesz być dobrą mamą!
Marta wstała od stołu i wybiegła z domu. Zuzia pobiegła do swojego pokoju i zatrzasnęła drzwi. Ja zostałam sama w kuchni, czując ciężar całego świata na swoich barkach.
Minęły lata. Marta powoli odbudowała swoje życie. Michał został jej partnerem, choć nigdy nie zamieszkali razem. Zuzia dorosła, wyjechała na studia do Warszawy i rzadko odwiedzała dom rodzinny. Nasze relacje były poprawne, ale chłodne.
Aż pewnego dnia wszystko się zmieniło.
Mój mąż Janek zachorował nagle na raka trzustki. Diagnoza była jak wyrok – kilka miesięcy życia. Marta przyjeżdżała codziennie do szpitala, pomagała mi w domu i wspierała mnie jak mogła. Ale ja czułam się coraz bardziej samotna i zagubiona.
Po śmierci Janka zostałam sama w dużym mieszkaniu na Pradze. Marta proponowała mi przeprowadzkę do siebie, ale nie chciałam być ciężarem dla niej i Michała. Przez kilka miesięcy żyłam jak cień samej siebie – nie gotowałam, nie spotykałam się ze znajomymi, całe dnie spędzałam przed telewizorem lub patrząc przez okno.
Pewnego dnia zadzwonił domofon. To była Zuzia.
– Babciu… mogę wejść? – zapytała niepewnie.
Wpuściłam ją do środka. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole.
– Wiem, że jest ci ciężko – zaczęła cicho. – Pamiętam, jak mama cierpiała po śmierci taty… Ja wtedy byłam okropna dla niej. Myślałam tylko o sobie.
Patrzyłam na nią zdziwiona. Zuzia była już dorosłą kobietą, ale w jej oczach widziałam tę samą dziewczynkę sprzed lat.
– Babciu… Chciałabym ci pomóc przejść przez to wszystko tak, jak ty próbowałaś pomóc mamie…
Popłakałyśmy się obie. Przez kolejne tygodnie Zuzia przychodziła do mnie regularnie – gotowałyśmy razem obiady, chodziłyśmy na spacery po Saskiej Kępie i rozmawiałyśmy godzinami o życiu i śmierci.
Z czasem zaczęłam odzyskiwać chęć do życia. Dzięki Zuzi poczułam się znów potrzebna i kochana.
Któregoś dnia powiedziałam jej: – Wiesz co? Żałuję tylko jednego… Że kiedy twoja mama była wdową, nie potrafiłam lepiej jej pomóc.
Zuzia uśmiechnęła się smutno: – Ja też żałuję tego, jak wtedy się zachowywałam wobec niej.
Patrzyłyśmy na siebie długo w milczeniu.
Dziś wiem jedno: życie potrafi zatoczyć koło w najmniej spodziewanym momencie. Role się odwracają i to my stajemy się tymi słabszymi, którzy potrzebują wsparcia młodszych pokoleń.
Czy można nauczyć się przebaczać sobie nawzajem błędy przeszłości? Czy naprawdę umiemy być dla siebie wsparciem wtedy, gdy najbardziej tego potrzeba? Czasem myślę o tym godzinami…