Między dwoma domami: Mój mąż, jego matka i ja – historia kobiety, która utknęła między miłością a lojalnością
– Iwona, czy możesz nie zostawiać tych kubków na stole? – głos pani Haliny przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, zmywając naczynia po śniadaniu, które przygotowałam dla Pawła i siebie. Znowu. Znowu to samo. Znowu ja – obca w tym domu, choć od dwóch lat jestem tu żoną jej syna.
Paweł siedział przy stole, wpatrzony w ekran telefonu. Ani drgnął. Ani słowa. Jakby nie słyszał, jakby nie widział, jakby nie czuł tej dusznej atmosfery, która od miesięcy gęstniała między nami.
– Przepraszam – odpowiedziałam cicho, choć miałam ochotę krzyknąć. Przeprosiłam już setki razy za kubki, za buty w przedpokoju, za zbyt głośne zamykanie drzwi. Za to, że jestem.
Pamiętam dzień naszego ślubu. Byłam szczęśliwa, zakochana i pełna nadziei. Paweł obiecał mi wtedy, że szybko znajdziemy własne mieszkanie. Ale potem pojawiły się wymówki: „Mama jest sama”, „Nie stać nas jeszcze”, „To tylko na chwilę”. Ta chwila trwa już dwa lata.
Wieczorem leżałam obok Pawła w naszym małym pokoju – jedynym miejscu, gdzie mogłam być sobą. – Paweł… – zaczęłam niepewnie. – Może powinniśmy zacząć szukać czegoś swojego? Nawet kawalerki…
Westchnął ciężko i odwrócił się do ściany. – Iwona, przecież mówiłem ci już sto razy. Mama nie da sobie rady sama. Poza tym… teraz ceny są kosmiczne.
– Ale ja… ja się tu duszę – wyszeptałam. – Czuję się jak intruz.
Nie odpowiedział. Udawał, że śpi.
Następnego dnia wróciłam z pracy wcześniej niż zwykle. W przedpokoju usłyszałam rozmowę:
– Pawełku, ona cię tylko wykorzystuje. Widzisz, jaka jest? Wszystko by chciała po swojemu! – głos Haliny był pełen jadu.
– Mamo, daj spokój…
– Nie pozwolę jej rozbić naszej rodziny!
Zamarłam. Stałam za drzwiami, słuchając słów, które wbijały się we mnie jak szpile. Poczułam łzy pod powiekami. Chciałam wejść i wykrzyczeć jej wszystko w twarz – jak bardzo mnie rani, jak bardzo niszczy nasze małżeństwo. Ale nie miałam siły.
Wieczorem Paweł był chłodny i zdystansowany. Nie patrzył mi w oczy. Wiedziałam już – wybrał ją.
Przez kolejne tygodnie próbowałam rozmawiać z nim o przyszłości. O tym, że chcę mieć dom, rodzinę, dzieci… Ale on zawsze miał wymówkę. A to praca, a to mama chora, a to kredyt niemożliwy do uzyskania.
W pracy zaczęłam się spóźniać. Przestałam spotykać się z przyjaciółkami. Czułam się coraz bardziej samotna i niewidzialna. Nawet moja mama zauważyła zmianę:
– Iwonko, co się dzieje? Wyglądasz na przygaszoną…
– Nic mamo… wszystko dobrze – kłamałam.
Pewnego dnia wróciłam do domu i zobaczyłam Halinę przeszukującą moje rzeczy w szafie.
– Co pani robi?!
– Szukam rachunków za prąd! Przecież to mój dom!
Wybiegłam z mieszkania i długo chodziłam po parku. Płakałam jak dziecko. Czułam się upokorzona i bezradna.
Wieczorem Paweł nawet nie zapytał, gdzie byłam.
Zaczęłam myśleć o rozwodzie. O tym, że może lepiej być samej niż żyć w wiecznym cieniu teściowej i obojętności męża. Ale bałam się samotności jeszcze bardziej niż tego domu.
W końcu zebrałam się na odwagę i postawiłam Pawłowi ultimatum:
– Albo szukamy własnego mieszkania, albo odchodzę.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
– Ty chyba żartujesz…
– Nie żartuję. Nie chcę tak żyć.
Przez kilka dni nie rozmawialiśmy ze sobą prawie wcale. Halina triumfowała ciszą i pogardliwymi spojrzeniami.
W końcu Paweł przyszedł do mnie wieczorem:
– Iwona… Ja nie mogę zostawić mamy samej. Ona sobie nie poradzi.
Zrozumiałam wtedy wszystko. Dla niego zawsze będę druga po niej.
Spakowałam walizkę i wyprowadziłam się do koleżanki z pracy.
Minęły trzy miesiące. Czasem budzę się w nocy z poczuciem winy i żalu. Ale coraz częściej czuję też ulgę.
Czy naprawdę musimy wybierać między miłością a własnym szczęściem? Czy lojalność wobec rodziny powinna zawsze stać ponad naszymi marzeniami?
A może są sytuacje, w których trzeba po prostu odejść – zanim zatracimy siebie na zawsze?