Sprowadziłam Tatę do Naszego Domu — Myślałam, że To Będzie Najlepsze Rozwiązanie. Myliłam się…

— Znowu nie zgasiłaś światła w przedpokoju! — głos taty rozległ się w całym mieszkaniu, zanim jeszcze zdążyłam zamknąć drzwi. Stał w progu salonu, z rękami opartymi na biodrach, patrząc na mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem, który pamiętam z dzieciństwa.

— Tato, przecież to tylko chwilka… — zaczęłam, ale już wiedziałam, że nie przekonam go żadnym argumentem.

— Prąd kosztuje! W moim domu zawsze pilnowało się takich rzeczy! — przerwał mi ostro. — Nie po to całe życie harowałem, żeby teraz wszystko szło na marne.

Zacisnęłam usta, czując jak narasta we mnie frustracja. To był dopiero trzeci tydzień odkąd tata zamieszkał z nami, a ja już miałam wrażenie, że nasze życie wywróciło się do góry nogami. Wszystko zaczęło się niewinnie — tata miał coraz większe trudności z poruszaniem się po schodach w swoim starym bloku na trzecim piętrze bez windy. Po kilku upadkach i jednym złamaniu biodra nie miałam wątpliwości: muszę go zabrać do siebie.

Mój mąż, Paweł, nie protestował. — To twój tata, rozumiem. Damy radę — powiedział wtedy i naprawdę wierzyłam, że tak będzie. Nasze dzieci — Zosia i Michał — przyjęły dziadka z entuzjazmem. Przez pierwsze dni wszystko wydawało się nawet lepsze niż przypuszczałam: tata opowiadał wnukom historie z czasów Solidarności, uczył ich grać w szachy, a ja czułam ulgę, że jest bezpieczny.

Ale bardzo szybko zaczęły pojawiać się rysy na tym obrazku. Tata miał swoje przyzwyczajenia i oczekiwał, że wszyscy się do nich dostosują. Zaczęło się od drobiazgów: „Nie stawiaj kubka na stole bez podkładki!”, „Nie zostawiaj butów w korytarzu!”, „Nie marnujcie wody!”. Potem przyszły poważniejsze sprawy.

— Paweł znowu wrócił późno? — zapytał pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy przy herbacie.

— Tak, ma dużo pracy — odpowiedziałam spokojnie.

— A dzieci? Kto odrabia z nimi lekcje? Ty wszystko sama robisz? — Jego ton był pełen dezaprobaty.

— Tato, daję sobie radę — odparłam, ale poczułam ukłucie niepewności. Czy naprawdę daję radę?

Z czasem jego uwagi zaczęły dotyczyć wszystkiego: mojego gotowania („Za tłusto!”), wychowania dzieci („Za mało dyscypliny!”), a nawet mojego wyglądu („Nie mogłabyś się lepiej ubrać do pracy?”). Czułam się jak nastolatka pod jego okiem, a nie dorosła kobieta z własną rodziną.

Najgorzej było wieczorami. Paweł coraz częściej zamykał się w gabinecie pod pretekstem pracy. Dzieci przestały zapraszać kolegów do domu. Zosia powiedziała mi kiedyś szeptem:

— Mamo, dziadek jest fajny, ale czemu on zawsze mówi nam, co robimy źle?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Sama czułam się przytłoczona.

Pewnego dnia wróciłam z pracy wcześniej niż zwykle. W kuchni usłyszałam podniesione głosy:

— Michał! Ile razy mam ci mówić, żebyś nie biegał po domu?! — krzyczał tata.

— Ale dziadku… — zaczął syn.

— Nie dyskutuj ze mną! U mnie w domu dzieci słuchały dorosłych!

Weszłam do kuchni i zobaczyłam łzy w oczach Michała. Coś we mnie pękło.

— Tato, proszę… Nie krzycz na dzieci — powiedziałam stanowczo.

Spojrzał na mnie zaskoczony i przez chwilę milczał.

— Ty też mi odpowiadasz? — wyszeptał urażony.

Wieczorem Paweł zaproponował rozmowę:

— Musimy coś zrobić. Wszyscy chodzimy na palcach. To nie jest już nasz dom.

Poczułam gulę w gardle. Wiedziałam, że ma rację. Ale co miałam zrobić? Oddać tatę do domu opieki? Wynająć mu mieszkanie? Przecież obiecałam sobie i jemu, że się nim zaopiekuję.

Przez kolejne dni próbowałam rozmawiać z tatą. Prosiłam go o więcej wyrozumiałości dla dzieci, o to, by pozwolił nam żyć po swojemu. On jednak powtarzał tylko:

— Ja chcę dobrze! Wy nie rozumiecie…

W końcu doszło do poważnej kłótni. Tata oskarżył mnie o niewdzięczność:

— Poświęciłem dla ciebie całe życie! A teraz nawet nie mogę mieć swojego zdania w twoim domu?

Płakaliśmy oboje. Dzieci schowały się w swoich pokojach. Paweł wyszedł na spacer i wrócił dopiero późno w nocy.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie ciocia Renata:

— Słyszałam od taty… Może spróbujcie znaleźć mu jakieś zajęcia poza domem? Klub seniora? Może wolontariat?

To był przełomowy moment. Z trudem przekonałam tatę do odwiedzenia klubu seniora na naszym osiedlu. Na początku był niechętny („To dla starych ludzi!”), ale po kilku tygodniach zaczął wracać uśmiechnięty i opowiadać o nowych znajomych.

W domu atmosfera powoli zaczęła się poprawiać. Tata miał swoje sprawy i mniej czasu na kontrolowanie nas wszystkich. Ja nauczyłam się stawiać granice i mówić o swoich potrzebach bez poczucia winy.

Ale czasem wciąż łapię się na tym, że boję się wejść do kuchni i usłyszeć kolejną uwagę. Zastanawiam się: czy można naprawdę pogodzić troskę o rodzica z własnym szczęściem? Czy to ja jestem niewdzięczną córką… czy po prostu człowiekiem, który też ma prawo do swojego życia?

Czy ktoś z was przeżył coś podobnego? Jak sobie poradziliście?