Córka wyszła za mąż i nagle przestała mieć dla mnie czas: Jakby nowa rodzina wymazała starą
– Mamo, nie mogę teraz rozmawiać, jestem u teściowej – usłyszałam w słuchawce głos Ani, mojej córki. W tle śmiali się ludzie, ktoś nalewał herbatę, a ja poczułam się jak intruz. – Oddzwonię później, dobrze? – dodała szybko i rozłączyła się, zanim zdążyłam odpowiedzieć.
Zostałam sama w kuchni, z filiżanką zimnej już kawy. Przez okno patrzyłam na szare niebo nad Warszawą i próbowałam nie płakać. Przecież wiedziałam, że dzieci dorastają. Wychowujemy je, żeby mogły odejść. Ale nikt mnie nie uprzedził, jak bardzo będzie bolało to, że nagle z dnia na dzień przestajesz być dla swojego dziecka najważniejsza.
Ania zawsze była moją przyjaciółką. Po śmierci jej ojca trzymałyśmy się razem jak dwie muszelki na brzegu morza. Byłyśmy duetem: kino w soboty, wspólne gotowanie, rozmowy do późna. Nawet kiedy poszła na studia do Krakowa, dzwoniła codziennie. „Mamo, co mam zrobić z tym sosem? Mamo, tęsknię za tobą”.
A potem poznała Michała. Miły chłopak, trochę cichy, ale widziałam, że ją kocha. Ślub był piękny – Ania w białej sukni wyglądała jak anioł. Płakałam ze wzruszenia i dumy. Myślałam wtedy: „Ona zawsze będzie moją córeczką”.
Pierwsze tygodnie po ślubie były jeszcze normalne. Ania dzwoniła, czasem wpadała na obiad. Ale potem coś się zmieniło. Zaczęły się wymówki: „Nie mogę przyjechać, bo Michał jest zmęczony”, „Mamy plany z jego rodziną”, „Może za tydzień?”.
Z początku tłumaczyłam ją przed samą sobą. Przecież to naturalne – młode małżeństwo musi się dotrzeć. Ale z każdym tygodniem czułam się coraz bardziej odsunięta. Kiedy zaproponowałam wspólny wyjazd na Mazury, Ania odpowiedziała: – Mamo, to już nie te czasy. Teraz mamy swoje życie.
Zabolało mnie to bardziej niż chciałam przyznać.
Pewnego dnia zadzwoniłam do niej spontanicznie. Odebrał Michał:
– Cześć, pani Zosiu. Ania jest zajęta, może oddzwoni później?
– Aha… dobrze – wymamrotałam i odłożyłam słuchawkę.
Wieczorem napisała mi SMS-a: „Przepraszam, mamo, miałam dużo na głowie”.
Zaczęłam się zastanawiać: czy zrobiłam coś nie tak? Czy byłam zbyt zaborcza? Może powinnam była wcześniej nauczyć się odpuszczać?
W pracy koleżanki mówiły: „Daj jej czas, wróci do ciebie”. Ale ja widziałam, że Ania coraz bardziej wsiąka w nową rodzinę. Jej teściowa organizowała niedzielne obiady, święta spędzali u Michała. Nawet na Wielkanoc dostałam zaproszenie dopiero dzień przed – jakby ktoś sobie o mnie przypomniał w ostatniej chwili.
Pewnego razu odważyłam się zapytać:
– Aniu, czy coś się stało? Czemu tak rzadko się widujemy?
Spojrzała na mnie z irytacją:
– Mamo, nie możesz ciągle oczekiwać, że będę przyjeżdżać co tydzień! Mam swoje życie!
Zatkało mnie. Przecież nie chciałam być ciężarem. Chciałam tylko wiedzieć, że jeszcze jestem dla niej ważna.
W domu coraz częściej rozmawiałam sama ze sobą. Oglądałam stare zdjęcia – Ania na rowerze, Ania z pierwszym świadectwem z paskiem…
W końcu postanowiłam zadzwonić do swojej siostry:
– Basia, czuję się jakby ktoś mi wyrwał serce – powiedziałam przez łzy.
– Zosiu… dzieci odchodzą. Ale to nie znaczy, że cię nie kocha. Musisz znaleźć coś dla siebie.
Łatwo powiedzieć. Próbowałam zapisać się na jogę, zaczęłam chodzić na spacery po Łazienkach. Ale wszędzie widziałam matki z córkami i czułam ukłucie zazdrości.
Któregoś dnia spotkałam sąsiadkę, panią Halinę:
– Pani Zosiu, dawno pani nie widziałam! Jak tam Ania?
– Dobrze… – odpowiedziałam wymijająco.
– Moja córka też rzadko dzwoni – westchnęła Halina. – Ale wie pani co? Trzeba żyć swoim życiem.
Wieczorem długo myślałam o tych słowach. Czy naprawdę potrafię żyć tylko dla siebie? Całe życie byłam przede wszystkim mamą.
Minęły miesiące. Ania zadzwoniła raz czy dwa – krótko, rzeczowo. Czułam się coraz bardziej samotna.
W końcu przyszły jej urodziny. Upiekłam tort i pojechałam do niej bez zapowiedzi. Michał otworzył drzwi zaskoczony:
– O, pani Zosiu…
W tle słyszałam śmiechy i rozmowy – cała jego rodzina już była.
Ania wybiegła do przedpokoju:
– Mamo! Czemu nie uprzedziłaś?
– Chciałam ci zrobić niespodziankę…
Spojrzała na mnie z zakłopotaniem:
– Mamo… dziś jest trochę tłoczno… Może spotkamy się innym razem?
Stałam tam przez chwilę z tortem w rękach jak dziecko bez zaproszenia na własne urodziny.
Wróciłam do domu i długo płakałam.
Nie chcę być matką-tyranią ani ciężarem dla własnego dziecka. Ale czy naprawdę nowa rodzina musi wymazać starą? Czy to ja zrobiłam coś źle? A może tak właśnie wygląda dorosłość dzieci?
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy można nauczyć się być szczęśliwą bez tych, których kocha się najbardziej? Czy ktoś z was też czuje ten ból?