Moja córka zniknęła z mojego życia. Czy naprawdę byłam aż tak złą matką?
– Znowu dzwoniłaś? – zapytał mnie Marek, mój mąż, kiedy weszłam do kuchni z telefonem w ręku. Wzruszyłam ramionami, próbując ukryć łzy. – Tak, ale nie odebrała. Nawet nie odczytała wiadomości.
Minął już rok, odkąd Zuzia się wyprowadziła. Rok ciszy. Rok, w którym codziennie próbuję zrozumieć, co się stało. Przecież jeszcze niedawno byłyśmy tak blisko. Zawsze mówiła, że jestem jej najlepszą przyjaciółką. Zwierzała mi się z pierwszych miłości, problemów w szkole, nawet z głupich żartów koleżanek. A teraz… jestem dla niej nikim.
Czasem widzę jej zdjęcia na Facebooku – uśmiechnięta, wśród nowych znajomych, na koncertach, w kawiarni. Wiem, że żyje. Ale dla mnie jest cisza. Zupełna cisza.
Pamiętam ten dzień, kiedy spakowała walizkę. Było już późno, siedziała na łóżku w swoim pokoju i patrzyła na mnie z takim chłodnym spokojem, jakiego nigdy wcześniej u niej nie widziałam.
– Mamo, muszę odejść. Potrzebuję przestrzeni.
– Przestrzeni? – powtórzyłam głupio. – Przecież zawsze miałaś tu wszystko…
– Właśnie dlatego muszę odejść – odpowiedziała cicho. – Ty zawsze wszystko wiesz lepiej.
Nie rozumiałam. Przecież chciałam tylko dobrze. Przypominałam jej o lekcjach, pilnowałam, żeby nie wracała za późno, pytałam o znajomych… Czy to naprawdę było aż tak złe?
Marek mówi, żebym dała jej czas. Ale jak mam dać czas komuś, kto nie chce nawet ode mnie słowa? Każdego dnia budzę się z nadzieją, że może dziś odbierze telefon. Może dziś odpisze na SMS-a. Może dziś wróci.
W pracy udaję, że wszystko jest w porządku. Koleżanki pytają o Zuzię – „Jak tam twoja córka? Studiuje jeszcze w Warszawie?” Uśmiecham się i mówię: „Tak, wszystko dobrze”. A potem zamykam się w łazience i płaczę.
Najgorsze są wieczory. Siadam przy stole i patrzę na puste miejsce naprzeciwko siebie. Przypominam sobie nasze rozmowy przy herbacie – jak opowiadała mi o swoich planach na przyszłość, jak śmiałyśmy się z głupich filmików w internecie. Teraz ten śmiech odbija się echem w mojej głowie.
Czasem Marek próbuje mnie pocieszyć:
– Może ona po prostu musi dorosnąć po swojemu? Może za bardzo ją kontrolowałaś?
Zaczynam się zastanawiać: czy naprawdę byłam aż taką kontrolującą matką? Przecież chciałam tylko chronić ją przed błędami, przed rozczarowaniem…
Pewnego dnia spotkałam jej dawną przyjaciółkę, Kasię, w sklepie spożywczym.
– Wie pani coś o Zuzi? – zapytałam z nadzieją.
Kasia spojrzała na mnie niepewnie.
– Tak… Czasem piszemy do siebie. Jest jej ciężko, ale mówi, że musi być sama.
– Czy powiedziała coś o mnie?
Kasia zawahała się.
– Mówiła… że czuje się przez panią niewidzialna. Że pani nie słucha, tylko mówi jej, co ma robić.
To bolało bardziej niż cokolwiek innego. Czy naprawdę nigdy jej nie słuchałam? Przecież zawsze pytałam o jej zdanie… Ale może nie dawałam jej szansy odpowiedzieć?
Wieczorami czytam stare wiadomości od Zuzi na Messengerze. „Mamo, kocham cię” – napisała kiedyś po kłótni o wyjście na imprezę. „Wiem, że chcesz dobrze” – dodała innym razem. Gdzie popełniłam błąd?
Próbowałam wszystkiego: wysyłałam jej paczki z domowym jedzeniem, zostawiałam listy pod drzwiami jej mieszkania w Warszawie, prosiłam Marka, żeby do niej zadzwonił. Bez skutku.
W święta zostawiłam dla niej miejsce przy stole. Wszyscy milczeliśmy podczas wieczerzy wigilijnej. Mama Marka spojrzała na mnie ze współczuciem:
– Daj jej czas, dziecko. Ona wróci.
Ale ja już nie wierzę w te słowa.
Czasem mam ochotę po prostu pojechać do niej i zapukać do drzwi. Ale boję się, że zobaczę w jej oczach ten sam chłód co wtedy, gdy odchodziła.
Ostatnio zaczęłam chodzić na terapię. Psycholożka powiedziała mi:
– Musi pani nauczyć się żyć dla siebie. Nie może pani uzależniać swojego szczęścia od obecności córki.
Łatwo powiedzieć… Jak mam żyć dla siebie, skoro całe życie byłam tylko mamą Zuzi?
Czasem śni mi się Zuzia jako mała dziewczynka – biegnie do mnie z otwartymi ramionami i woła: „Mamo!” Budzę się wtedy z mokrymi policzkami i poczuciem pustki.
Ostatnio napisałam do niej list:
„Kochana Zuziu,
Nie wiem, co zrobiłam źle i bardzo za Tobą tęsknię. Jeśli kiedyś będziesz gotowa porozmawiać – czekam na Ciebie zawsze.
Mama”
Nie wiem, czy przeczyta ten list. Nie wiem nawet, czy jeszcze kiedyś usłyszę jej głos.
Może rzeczywiście byłam zbyt wymagająca? Może nie umiałam słuchać? Może za bardzo chciałam ją chronić przed światem?
Każdego dnia pytam siebie: czy można być dobrą matką i jednocześnie stracić dziecko? Czy miłość może być aż tak dusząca?
A wy… czy kiedykolwiek baliście się stracić kogoś najbliższego przez własne błędy?