Samotność wśród ścian: Moje mieszkanie, moja walka
Drzwi zatrzasnęły się za mną z hukiem, który rozbrzmiał echem po pustym mieszkaniu. W dłoniach ściskałam klucz tak mocno, że aż bolały mnie palce. To był ten moment – moment, w którym zrozumiałam, że jestem naprawdę sama. Nazywam się Marta Sokołowska i właśnie wtedy zaczęła się najtrudniejsza walka mojego życia.
Jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało mi się, że wszystko układa się idealnie. Miałam swoje dwupokojowe mieszkanie na warszawskim Ursynowie – prezent od rodziców, którzy całe życie oszczędzali, bym mogła zacząć dorosłość z poczuciem bezpieczeństwa. Poznałam Pawła na uczelni. Był czuły, zabawny, miał w sobie coś, co sprawiało, że świat wydawał się mniej groźny. Zakochałam się bez pamięci.
Ślub był skromny, ale szczery. Mama płakała ze wzruszenia, tata ściskał mi dłoń tak mocno, jakby chciał przekazać mi całą swoją siłę. Paweł wprowadził się do mnie zaraz po weselu. Przez pierwsze tygodnie byłam szczęśliwa – gotowaliśmy razem obiady, oglądaliśmy filmy do późna, planowaliśmy przyszłość. Ale potem zaczęły się wizyty jego matki.
Pani Grażyna była kobietą o stalowym spojrzeniu i głosie ostrym jak brzytwa. Już pierwszego dnia, kiedy przyszła w odwiedziny, rozejrzała się po mieszkaniu z miną inspektora sanitarnego.
– Ładnie tu masz, Marto – powiedziała przeciągle. – A Paweł już ma klucze? – zapytała niby od niechcenia.
– Oczywiście – odpowiedziałam z uśmiechem.
– No to teraz to już wasze mieszkanie – rzuciła i spojrzała na syna z dumą.
Zignorowałam to wtedy. Ale z każdym kolejnym tygodniem jej obecność stawała się coraz bardziej przytłaczająca. Przynosiła słoiki z zupą, narzekała na układ mebli („Paweł zawsze lubił mieć łóżko pod oknem!”), a raz nawet przyniosła katalog z meblami i zaczęła planować „remont”.
Pewnego wieczoru Paweł wrócił z pracy wyraźnie podenerwowany.
– Musimy pogadać – zaczął bez przywitania.
– Co się stało?
– Mama mówi, że powinniśmy przepisać połowę mieszkania na mnie. Że tak będzie sprawiedliwie.
Zamarłam.
– Przecież to prezent od moich rodziców…
– Ale teraz jesteśmy rodziną! – przerwał mi ostro. – Wszyscy tak robią. Poza tym… nie chcę być facetem bez własnego kąta.
Patrzyłam na niego w milczeniu. W głowie huczały mi słowa mamy: „Pamiętaj, Marto, nie każdy będzie cię kochał dla ciebie samej”.
Przez kolejne tygodnie atmosfera gęstniała. Paweł coraz częściej wracał późno do domu, a kiedy już był, siedział przy komputerze albo rozmawiał przez telefon z matką. Czułam się jak intruz we własnych czterech ścianach.
W końcu przyszedł dzień, który zmienił wszystko. Była sobota, padał deszcz. Siedziałam przy stole z kubkiem herbaty, gdy zadzwonił domofon. To była Grażyna – bez zapowiedzi.
– Przyniosłam ci pierogi – powiedziała z uśmiechem, który nie sięgał oczu.
Usiadłyśmy w kuchni. Paweł dołączył po chwili.
– Marto – zaczęła Grażyna – rozmawiałam z notariuszem. To naprawdę prosta sprawa. Przepiszesz połowę mieszkania na Pawła i będziecie mieli spokój.
– Nie zamierzam tego robić – odpowiedziałam spokojnie.
– Ale dlaczego? Przecież to twój mąż! – podniosła głos.
Paweł patrzył na mnie wyczekująco.
– Nie mogę tego zrobić. To mieszkanie jest moją jedyną pewnością w życiu.
Grażyna wstała gwałtownie.
– Wiesz co? Jesteś samolubna! Myślisz tylko o sobie! Paweł zasługuje na więcej!
Po tych słowach wyszła trzaskając drzwiami. Paweł nie odezwał się do mnie przez dwa dni.
W pracy byłam cieniem samej siebie. Koleżanka z biura zapytała:
– Wszystko w porządku?
– Tak… po prostu mam trochę problemów w domu – skłamałam.
Wieczorami płakałam w poduszkę. Czułam się zdradzona przez człowieka, którego kochałam najbardziej na świecie. Zaczęłam mieć koszmary – śniło mi się, że wracam do mieszkania i nie mam już kluczy; że ktoś zmienił zamki; że stoję na klatce schodowej i nikt nie chce mnie wpuścić do środka.
Pewnego dnia Paweł wrócił wcześniej niż zwykle.
– Rozmawiałem z mamą – powiedział cicho. – Jeśli nie chcesz przepisać mieszkania, to może powinniśmy zrobić sobie przerwę.
– Przerwę? – powtórzyłam głucho.
– Tak… Może zamieszkam u niej przez jakiś czas.
Nie zatrzymałam go. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam ulgę.
Przez kolejne dni mieszkanie było ciche i puste. Z jednej strony bolało mnie serce, z drugiej – zaczęłam oddychać pełną piersią. Zrobiłam porządki w szafach, przemeblowałam salon tak, jak zawsze chciałam. Zaprosiłam przyjaciółkę na wieczór filmowy i śmiałyśmy się do łez przy starych komediach.
Ale samotność potrafi być okrutna. W niedzielny poranek zadzwoniła moja mama:
– Martuś, jak się trzymasz?
– Daję radę…
– Pamiętaj, że zawsze możesz wrócić do domu.
Nie chciałam wracać. To mieszkanie było moim domem – nawet jeśli teraz byłam tu sama.
Po dwóch tygodniach Paweł przyszedł po swoje rzeczy. Nie patrzył mi w oczy.
– Przepraszam… Może kiedyś to zrozumiesz – powiedział tylko i wyszedł bez słowa pożegnania.
Zostałam sama. Mieszkanie wydawało się większe niż kiedykolwiek wcześniej. Każdy kąt przypominał mi o wspólnych chwilach i o tym, jak łatwo można stracić wszystko przez cudzą chciwość i brak wsparcia ze strony najbliższych.
Minęły miesiące zanim znów zaczęłam czuć się bezpiecznie we własnym domu. Zrozumiałam jednak coś ważnego: czasem lepiej być samemu niż dzielić życie z kimś, kto nie szanuje twoich granic i twojej historii.
Dziś patrzę na swoje odbicie w lustrze i pytam sama siebie: czy samotność jest naprawdę taka straszna? A może to właśnie ona daje nam siłę do walki o siebie? Co wy o tym myślicie?