Cisza dziedziczenia: Kiedy dzieci pytają o testament, zanim jesteśmy gotowi odejść

— Mamo, a kiedy w końcu napiszecie z tatą testament? — zapytała Marta, odkładając widelec na talerz z niedojedzonym schabowym. W pokoju zapanowała taka cisza, że słyszałam tykanie zegara w kuchni i szum samochodów za oknem. Paweł spojrzał na mnie spod brwi, jakby czekał na moją reakcję. Mój mąż, Andrzej, zamarł z łyżką zupy w połowie drogi do ust. Przez chwilę miałam wrażenie, że czas się zatrzymał.

Nie wiem, co bolało bardziej — samo pytanie czy sposób, w jaki je zadali. Bez cienia żenady, bez żadnego przygotowania. Jakbyśmy byli już tylko cieniem ludzi, których kiedyś kochali. Jakbyśmy byli przeszkodą na drodze do czegoś, co im się należy. Poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg.

— Marta, co ty mówisz? — Andrzej próbował się uśmiechnąć, ale wyszło to sztucznie. — Przecież jesteśmy jeszcze młodzi.

— Młodzi? Tato, masz siedemdziesiąt lat — odpowiedział Paweł sucho. — Nie chcemy potem mieć problemów z papierami.

Siedziałam w milczeniu, próbując zrozumieć, czy to żart, czy może coś przegapiłam. Przez całe życie starałam się być dobrą matką. Odkładałam dla nich każdy grosz, rezygnowałam z własnych marzeń, żeby mogli studiować w Warszawie i Krakowie. A teraz siedzą naprzeciwko mnie i rozmawiają o mojej śmierci tak spokojnie, jakby pytali o pogodę.

— To nie jest odpowiedni moment na takie rozmowy — powiedziałam cicho, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.

— Mamo, nie chodzi o to, że chcemy was pochować — Marta zaczęła tłumaczyć. — Po prostu… widzimy, jak u innych rodzin są potem kłótnie. Chcemy tego uniknąć.

— U innych rodzin? — powtórzyłam z goryczą. — A my? My już nie jesteśmy rodziną?

Nikt nie odpowiedział. Paweł spuścił wzrok na telefon, a Marta zaczęła zbierać talerze ze stołu. Andrzej patrzył na mnie bezradnie. Czułam się zdradzona przez własne dzieci.

Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, słysząc w głowie ich głosy: „testament”, „problemy z papierami”, „u innych rodzin”. Czy naprawdę tak nas postrzegają? Jako właścicieli mieszkania i działki pod Piasecznem? Czy całe nasze życie sprowadza się do tego, co po nas zostanie?

Następnego dnia Andrzej próbował mnie pocieszyć.

— Może mają rację? Może powinniśmy coś napisać? — powiedział niepewnie.

— A jeśli napiszemy testament, to co dalej? Będą czekać aż umrzemy? — odpowiedziałam ostro.

W pracy byłam rozkojarzona. Koleżanka z biura zapytała mnie, czy wszystko w porządku. Skłamałam, że tak. Ale w środku czułam się pusta i samotna jak nigdy dotąd.

Kilka dni później Marta zadzwoniła.

— Mamo, możemy przyjechać w sobotę? Chcemy pogadać.

Zgodziłam się niechętnie. Przez cały tydzień myślałam tylko o tym spotkaniu. W sobotę przyszli razem z Pawłem i jego żoną Magdą. Usiedliśmy w salonie przy herbacie.

— Mamo, tato — zaczęła Marta — nie chcemy was zranić. Po prostu… boimy się przyszłości. Widzisz, Magda jest w ciąży. Chcielibyśmy wiedzieć, co nas czeka.

Spojrzałam na Magdę — była blada i spięta. Paweł trzymał ją za rękę.

— Gratuluję — powiedziałam automatycznie. Ale radość była przytłumiona przez gorycz.

— Nie chodzi tylko o pieniądze — dodała Marta. — Chodzi o bezpieczeństwo. O to, żeby wszystko było jasne.

Andrzej milczał. Ja też nie wiedziałam, co powiedzieć.

Po ich wyjściu długo siedzieliśmy w ciszy.

— Może to ja jestem staroświecka? Może młodzi mają rację? — spytałam Andrzeja.

On tylko wzruszył ramionami.

Przez kolejne tygodnie atmosfera w domu była napięta. Unikaliśmy rozmów o przyszłości. Każdy telefon od dzieci powodował u mnie niepokój. Zaczęłam analizować każdy gest, każde słowo. Czy naprawdę chodzi im tylko o bezpieczeństwo? Czy może już dawno przestaliśmy być dla nich ważni?

Pewnego dnia spotkałam sąsiadkę Zofię na klatce schodowej.

— Teresa, wyglądasz na zmęczoną. Co się dzieje?

Opowiedziałam jej wszystko. Zofia westchnęła ciężko.

— U nas było podobnie. Syn przyszedł z żoną i zapytał o mieszkanie jeszcze zanim mąż zachorował. To boli… Ale może to znak czasów? Ludzie boją się przyszłości bardziej niż kiedyś.

Zastanawiałam się nad jej słowami przez całą noc.

W końcu usiedliśmy z Andrzejem przy kuchennym stole i zaczęliśmy spisywać nasze myśli na kartce: mieszkanie w Warszawie, działka pod Piasecznem, trochę oszczędności… Wszystko to wydawało się takie małe wobec lat wspólnego życia i poświęceń.

Kiedy po raz kolejny dzieci przyszły do nas na obiad, podałam im kartkę.

— To jest to, czego chcecie? — zapytałam drżącym głosem.

Marta spojrzała na mnie ze łzami w oczach.

— Mamo… przepraszam. Nie chciałam cię zranić.

Paweł objął mnie ramieniem.

— Kochamy was. Po prostu boimy się świata bez was.

Poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Może rzeczywiście młode pokolenie boi się przyszłości bardziej niż my kiedyś? Może nie potrafią inaczej okazać troski?

Dziś patrzę na swoje dzieci inaczej niż kiedyś. Wiem już, że rozmowa o śmierci nie musi oznaczać braku miłości — czasem jest wyrazem lęku przed utratą bezpieczeństwa. Ale czy można przygotować się na odejście bliskich? Czy testament naprawdę rozwiązuje wszystkie problemy?

Czasem zastanawiam się: czy lepiej żyć chwilą i ufać sobie nawzajem — czy może jednak warto spisać wszystko na papierze? Co wy byście zrobili na moim miejscu?