Kiedy teściowa zapytała: „To co, bierzemy kredyt?” – a ja byłam niewidzialna. Moja historia powrotu do mamy
– To co, bierzemy kredyt? – głos pani Haliny, mojej teściowej, rozbrzmiał w kuchni jak wystrzał. Siedziałam przy stole, dłubiąc widelcem w zimnej jajecznicy, a oni – Marek i jego rodzice – już rozrysowywali plan na nasze życie. Moje życie. A ja byłam tam tylko tłem, cichym cieniem, który miał się zgodzić na wszystko.
Nie tak wyobrażałam sobie dorosłość. Gdy dwa lata temu poznałam Marka na uczelni w Krakowie, wydawał mi się inny niż wszyscy – czuły, opiekuńczy, z poczuciem humoru. Szybko się zakochaliśmy. On miał już stałą pracę w banku, ja kończyłam studia pedagogiczne. Po pół roku oświadczył mi się podczas spaceru po Plantach. Byłam szczęśliwa i pewna, że razem możemy wszystko.
Ślub był skromny, ale pełen radości. Rodzina Marka przyjęła mnie serdecznie – przynajmniej tak mi się wydawało. Po weselu zamieszkaliśmy u jego rodziców w ich dużym domu pod Krakowem. „Na chwilę, dopóki nie uzbieramy na własne mieszkanie” – powtarzał Marek. Wierzyłam mu.
Na początku wszystko wydawało się w porządku. Pani Halina była uprzejma, choć nieco chłodna. Pan Zbigniew milczący, ale nie sprawiał problemów. Jednak z każdym tygodniem czułam się coraz bardziej obco. Każda moja decyzja była komentowana – od tego, jak gotuję zupę, po to, kiedy wracam z pracy. „U nas robi się inaczej”, „Może lepiej posprzątaj jeszcze raz”, „Nie zostawiaj naczyń w zlewie” – słyszałam codziennie.
Najgorsze były wieczory przy stole. Rozmawiali o wszystkim: o pracy Marka, o planach na przyszłość, o remoncie domu. Ja siedziałam cicho, bo gdy próbowałam coś powiedzieć, pani Halina przerywała mi albo zmieniała temat. Nawet Marek coraz częściej mnie uciszał: „Daj spokój, mama wie lepiej”.
Pewnego dnia wróciłam z pracy zmęczona i zobaczyłam, że ktoś przestawił moje rzeczy w łazience. Szampon, szczoteczka do zębów – wszystko było inaczej. Poszłam do kuchni i zapytałam teściową:
– Pani Halino, czy mogę wiedzieć, dlaczego moje rzeczy są w innym miejscu?
Spojrzała na mnie chłodno:
– U nas jest porządek. Nie lubię bałaganu.
Poczułam się jak intruz we własnym domu. Wieczorem powiedziałam Markowi, że źle się czuję z tym wszystkim. Wzruszył ramionami:
– Przesadzasz. Mama chce dobrze.
Zaczęłam coraz częściej zamykać się w swoim pokoju. Dzwoniłam do mamy i płakałam do słuchawki:
– Mamo, ja tu nie pasuję…
– Córeczko, wracaj do domu, jeśli tylko chcesz – szeptała mama.
Ale nie chciałam się poddać. Próbowałam rozmawiać z Markiem:
– Chciałabym mieć coś do powiedzenia w naszym życiu…
– Ależ masz! – odpowiadał zniecierpliwiony. – Przecież wszystko robimy razem.
Tylko że to nie była prawda.
Kulminacja przyszła pewnego sobotniego popołudnia. Siedzieliśmy wszyscy przy stole: ja, Marek i jego rodzice. Pani Halina rozłożyła przed nami papiery:
– Znalazłam świetną ofertę kredytu hipotecznego na dom obok! Możemy go kupić razem i zrobić tam mieszkanie dla was.
Marek od razu się ożywił:
– Super pomysł! Mamo, tata – to świetne rozwiązanie!
A ja? Nikt mnie nie zapytał o zdanie. Nikt nawet na mnie nie spojrzał.
– A może… – zaczęłam nieśmiało.
– Dobrze, dobrze – przerwała mi teściowa. – To już prawie załatwione.
Poczułam się przezroczysta. Jakby mnie tam nie było.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Patrzyłam na śpiącego Marka i czułam narastającą złość i smutek. Czy naprawdę tak ma wyglądać moje życie? Czy zawsze będę tylko dodatkiem do czyjegoś planu?
Następnego dnia spakowałam kilka rzeczy do torby i zadzwoniłam do mamy:
– Mamo… mogę wrócić?
Nie pytała o nic więcej. Po godzinie siedziałam już w autobusie do rodzinnego domu w Nowym Sączu.
Mama przytuliła mnie mocno:
– Jesteś u siebie. Odpocznij.
Przez pierwsze dni spałam po dwanaście godzin na dobę. Chodziłam po lesie za domem i próbowałam poukładać myśli. Marek dzwonił kilka razy, pisał wiadomości: „Wróć”, „Przesadzasz”, „Mama jest smutna”. Ale ja już wiedziałam, że nie chcę wracać do życia, w którym jestem niewidzialna.
Po miesiącu znalazłam pracę w lokalnej szkole jako nauczycielka języka polskiego. Powoli odzyskiwałam siebie – swoje marzenia i głos.
Czasem zastanawiam się: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy powinnam była walczyć bardziej o swoje miejsce? A może czasem trzeba po prostu odejść, żeby zacząć żyć naprawdę?
Czy wy też kiedyś czuliście się niewidzialni we własnym życiu?