„Nie masz dzieci, więc pomóż naszej matce!” – Jeden telefon, który zmienił wszystko i sprawił, że zgubiłam siebie

– Aniu, skoro nie masz dzieci, to chyba możesz pomóc naszej mamie, prawda? – głos Magdy, mojej szwagierki, brzmiał w słuchawce stanowczo, niemal rozkazująco. Stałam wtedy przy kuchennym oknie, patrząc na szare, kwietniowe niebo nad Warszawą. W dłoniach ściskałam kubek z zimną już kawą. W tej jednej chwili poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg.

Nie miałam dzieci. To prawda. Ale czy to znaczyło, że moje życie było mniej ważne? Że miałam więcej czasu, mniej trosk? Magda nie czekała na moją odpowiedź. – Wiesz, my z Piotrkiem mamy dwójkę maluchów, Tomek pracuje za granicą, a ty… no wiesz… – zawiesiła głos, jakby nie chciała powiedzieć tego wprost. Ale powiedziała wszystko.

Mój mąż, Marek, wrócił tego dnia późno. Siedziałam już w salonie, światło lampki rzucało cienie na ścianę. – Dzwoniła Magda – powiedziałam cicho. – Chcą, żebym zajęła się twoją mamą.

Marek westchnął ciężko. – Wiem. Rozmawiałem z nią wcześniej. Aniu, ja… nie wiem, co powiedzieć. Mama coraz gorzej sobie radzi.

– A ja? – zapytałam nagle ostrzej, niż zamierzałam. – Ja sobie radzę? Czy ktoś mnie pytał?

Zapanowała cisza. Tylko zegar tykał na ścianie. Marek spuścił wzrok.

Od tamtej rozmowy minęły dwa tygodnie. Każdego dnia czułam coraz większą presję. Telefon od Magdy powtarzał się co drugi dzień: „Aniu, mama dziś znowu zapomniała wyłączyć gaz”, „Aniu, mama przewróciła się w łazience”, „Aniu, może byś do niej zajrzała?”.

W końcu uległam. Pojechałam do teściowej na Ochotę. Pani Zofia siedziała w fotelu przy oknie, patrzyła na ludzi spieszących się do tramwaju. – O, Aniu! – ucieszyła się szczerze. – Dobrze, że jesteś. Zrobiłabyś mi herbaty?

Zrobiłam herbatę, posprzątałam kuchnię, wyniosłam śmieci. Zostałam dłużej niż planowałam. Pani Zofia opowiadała mi o swoim dzieciństwie na wsi pod Radomiem, o tym jak poznała swojego męża. Słuchałam jej z rosnącym żalem – była samotna i zagubiona.

Ale ja też byłam samotna. Wracałam do pustego mieszkania i czułam się coraz bardziej przezroczysta. Moje życie zaczęło kręcić się wokół potrzeb innych: teściowej, Marka, jego rodzeństwa. Moje własne plany – kurs fotografii, podróż do Gdańska z przyjaciółką – musiałam odłożyć na później.

Pewnego wieczoru zadzwoniła mama.

– Aniu, jak się czujesz? Dawno nie rozmawiałyśmy.

– Mamo… – głos mi zadrżał. – Czuję się… jakby mnie nie było.

Mama milczała przez chwilę.

– Kochanie, pamiętaj o sobie. Nikt nie podziękuje ci za poświęcenie, jeśli sama znikniesz.

Te słowa dźwięczały mi w głowie przez kolejne dni. Ale jak powiedzieć „nie”, kiedy wszyscy patrzą na mnie jak na ostatnią deskę ratunku? Jak odmówić pomocy starszej kobiecie?

W sobotę odbyło się rodzinne spotkanie u Magdy. Siedzieliśmy przy stole: Marek, jego siostra z mężem i dziećmi, Tomek połączył się przez Skype’a z Londynu.

– Ania już świetnie sobie radzi z mamą – powiedziała Magda z uśmiechem. – Prawda?

Wszyscy spojrzeli na mnie oczekująco.

– Tak… – wymusiłam uśmiech. – Staram się.

– No widzisz! – Tomek roześmiał się przez ekran komputera. – Mówiłem, że Ania to ogarnie.

Poczułam ukłucie w sercu. Czy naprawdę jestem tylko „tą od opieki”? Czy nikt nie widzi we mnie kogoś więcej?

Po powrocie do domu wybuchłam płaczem. Marek próbował mnie pocieszyć.

– Aniu… wiem, że to trudne. Ale przecież mama cię lubi…

– A ty? Ty mnie lubisz? Czy tylko korzystasz z tego, że jestem dostępna?

Marek był zaskoczony moją reakcją.

– Przecież jesteśmy rodziną…

– Ale ja też mam prawo do swojego życia! – krzyknęłam przez łzy.

Następnego dnia zadzwoniła Magda.

– Aniu, mama potrzebuje nowych leków. Mogłabyś pojechać do apteki?

Zacisnęłam pięści.

– Magdo… nie mogę dziś. Mam swoje sprawy.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Rozumiem… – odpowiedziała chłodno.

Tego dnia po raz pierwszy od dawna poszłam na spacer do Łazienek bez poczucia winy. Słońce przebijało się przez korony drzew, ludzie śmiali się na ławkach. Poczułam lekkość i… strach jednocześnie. Czy wolno mi myśleć o sobie?

Wieczorem Marek wrócił zamyślony.

– Magda mówiła mi o waszej rozmowie…

– Marek, ja nie mogę być wszystkim dla wszystkich – powiedziałam spokojnie. – Potrzebuję też siebie.

Patrzył na mnie długo w milczeniu.

Od tamtej pory próbuję stawiać granice. Nie jest łatwo – rodzina Marka nadal uważa mnie za „tę wolną”, która powinna być zawsze pod ręką. Ale coraz częściej pytam samą siebie: kim jestem w tej rodzinie? Czy naprawdę jestem tylko pomocą domową bez własnych marzeń?

Czasem zastanawiam się: czy można kochać i pomagać innym nie tracąc siebie? Czy rodzina to wsparcie czy obowiązek? A może jedno i drugie? Może wy wiecie lepiej ode mnie…