„Nie było mnie na urodzinach mojej córki. Czy naprawdę jestem aż tak złą matką?” – Spowiedź sześćdziesięcioletniej wdowy, która straciła kontakt z jedyną córką

– Mamo, nie przychodź, proszę. To tylko małe spotkanie ze znajomymi z pracy. – Jej głos był chłodny, niemal obcy. Stałam w kuchni, ściskając w ręku prezent – książkę, którą wybrałam dla niej z myślą o dawnych wspólnych wieczorach. Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz się obudzę, że to tylko zły sen. Ale nie – to była rzeczywistość. Moja córka Marika nie chciała mnie na swoich trzydziestych urodzinach.

Oparłam się o blat i poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Przez okno widziałam szare, marcowe niebo nad blokowiskiem na warszawskim Bródnie. Cisza w mieszkaniu była przytłaczająca. Od śmierci męża trzy lata temu wszystko się zmieniło. Najpierw straciłam pracę w bibliotece – „redukcja etatów”, powiedzieli. Potem Marika wyprowadziła się do swojego chłopaka, a ja zostałam sama z pustką i wspomnieniami.

Próbowałam dzwonić do niej co tydzień, czasem częściej. Często nie odbierała. Gdy już rozmawiałyśmy, była zdawkowa, jakby rozmawiała z kimś obcym. „Mamo, nie mam czasu”, „Mamo, muszę kończyć”. Zawsze coś ważniejszego niż ja.

Pamiętam, jak kiedyś była moją małą dziewczynką. Czytałyśmy razem książki, piekłyśmy ciasta na święta, śmiałyśmy się do łez. Po śmierci jej ojca zamknęła się w sobie. Ja też – ale wtedy myślałam, że muszę być silna dla niej. Może za bardzo ją kontrolowałam? Może za bardzo chciałam ją chronić?

– Marika, czy coś się stało? – zapytałam cicho przez telefon.
– Nic się nie stało, mamo. Po prostu… chcę spędzić ten dzień inaczej.
– Ale przecież zawsze razem…
– Mamo! Proszę cię…

Rozłączyła się. Stałam tak jeszcze długo, patrząc na telefon. W głowie kłębiły mi się pytania: gdzie popełniłam błąd? Czy byłam zbyt wymagająca? Czy za bardzo ją przytłaczałam swoją troską? A może to przez moją bezradność po śmierci męża? Przestałam wychodzić z domu, zamknęłam się w czterech ścianach, przestałam być dla niej wsparciem.

Kiedyś próbowałam znaleźć nową pracę. Rozesłałam dziesiątki CV – bez odpowiedzi. W urzędzie pracy patrzyli na mnie jak na relikt przeszłości. „Ma pani już swoje lata”, usłyszałam od młodej urzędniczki z ironicznym uśmiechem. Wróciłam do domu i płakałam całą noc.

Marika coraz rzadziej dzwoniła. Czasem widywałyśmy się przypadkiem w sklepie albo na przystanku autobusowym – wtedy wymieniałyśmy kilka słów o pogodzie i rachunkach. Czułam, jakby między nami wyrósł mur.

Pewnego wieczoru zadzwoniła sąsiadka z dołu.
– Pani Zosiu, wszystko w porządku? Dawno pani nie widziałam.
– Tak, dziękuję… wszystko dobrze – skłamałam.
Ale nie było dobrze. Czułam się niewidzialna. Nawet własna córka mnie unikała.

Zaczęłam pisać do Mariki listy – prawdziwe, papierowe listy, jak kiedyś. Pisałam o tym, jak bardzo mi jej brakuje, jak bardzo ją kocham i jak bardzo chciałabym naprawić to, co się między nami popsuło. Nie odpisała ani razu.

W końcu zebrałam się na odwagę i poszłam pod jej blok. Stałam pod klatką z bukietem tulipanów i prezentem w torbie. Widziałam przez okno światła i cienie ludzi – śmiech, muzyka, życie toczyło się tam beze mnie.

Nagle drzwi otworzyły się i wyszła Marika z grupką znajomych.
– Mamo?! Co ty tu robisz?
– Chciałam tylko…
– Prosiłam cię…
Jej twarz była spięta, oczy pełne wyrzutu.
– Przepraszam – wyszeptałam i odwróciłam się na pięcie.

Wróciłam do pustego mieszkania i długo siedziałam w ciemności. Przeglądałam stare zdjęcia: Marika jako dziecko na huśtawce, Marika z ojcem na wakacjach nad morzem, Marika w sukni komunijnej… Gdzie podziała się ta bliskość?

Kilka dni później zadzwonił telefon.
– Mamo…
Głos Mariki był cichy.
– Tak?
– Przepraszam za tamto… Po prostu… czuję się przytłoczona. Mam dużo problemów w pracy i… czasem mam wrażenie, że oczekujesz ode mnie za dużo.
– Chcę tylko wiedzieć, że jesteś szczęśliwa.
– Ale ja muszę sama znaleźć swoją drogę.

Zrozumiałam wtedy coś ważnego: moja troska zamieniła się w ciężar dla niej. Chciałam być blisko, ale nie umiałam pozwolić jej odejść i dorosnąć po swojemu.

Od tamtej rozmowy minęło kilka miesięcy. Staram się nie dzwonić codziennie. Piszę krótkie wiadomości: „Myślę o tobie”, „Jestem tu, gdybyś mnie potrzebowała”. Czasem odpisuje jednym zdaniem, czasem milczy przez tygodnie.

Samotność boli – zwłaszcza gdy człowiek czuje się niepotrzebny nawet własnemu dziecku. Ale uczę się żyć inaczej: chodzę na spacery do parku Bródnowskiego, zapisuję się na zajęcia dla seniorów w domu kultury. Powoli odzyskuję siebie – tę Zofię sprzed lat.

Czy jeszcze kiedyś usiądziemy razem przy stole i będziemy śmiać się jak dawniej? Czy można odbudować więź po tylu latach milczenia i żalu?

Czasem patrzę w lustro i pytam samą siebie: czy naprawdę jestem aż tak złą matką? A może po prostu obie musimy nauczyć się wybaczać – sobie nawzajem i sobie samej?