Gdy dzwonek zadzwonił: Tajemnice mojej rodziny i cena wybaczenia
— Otwórz, proszę… — głos mojej teściowej, pani Zofii, drżał jak liść na wietrze. Stała w progu, przemoczona do suchej nitki, z oczami czerwonymi od płaczu. Deszcz lał jak z cebra, a ja przez chwilę nie mogłam się ruszyć, jakby ktoś przykuł mnie do podłogi. W końcu otworzyłam drzwi szerzej.
— Co się stało? — zapytałam, choć w głębi duszy czułam, że to nie będzie zwykła wizyta.
Zofia weszła do środka, zostawiając za sobą kałużę. Usiadła ciężko na krześle w kuchni, a ja podałam jej ręcznik i gorącą herbatę. Przez chwilę milczałyśmy, słuchając tylko szumu deszczu i tykania zegara. W końcu spojrzała na mnie tak, jakby widziała mnie pierwszy raz w życiu.
— Muszę ci coś powiedzieć, Marto. Coś, co powinnam była wyznać dawno temu… — zaczęła, a ja poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła.
Przez piętnaście lat mojego małżeństwa z Piotrem przeszliśmy razem przez piekło. Najpierw była miłość, potem walka o dziecko — niekończące się wizyty u lekarzy, badania, łzy i nadzieje. Kiedy już pogodziłam się z myślą, że nigdy nie zostanę matką, wydarzył się cud: bliźniaki, Antek i Lena. Byliśmy szczęśliwi, choć zmęczeni. Myślałam, że już nic nas nie złamie.
Aż do tego popołudnia.
— Piotr… — zaczęła Zofia, a ja poczułam ukłucie niepokoju. — On… on nie jest taki, za jakiego go uważasz.
— Co masz na myśli? — spytałam ostrożnie.
Zofia zaczęła płakać. Drżały jej ręce.
— On… on miał romans. Dawno temu. Zanim się pobraliście. Ale to nie wszystko… — spojrzała na mnie błagalnie. — Marta, on ma jeszcze jedno dziecko. Dziewczynkę. Ma teraz czternaście lat.
Poczułam, jak świat wiruje. Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz zemdleję. Romans? Dziecko? Przecież Piotr przysięgał mi miłość i wierność! Przecież razem płakaliśmy po każdej nieudanej próbie in vitro!
— Dlaczego mi to mówisz teraz? — wyszeptałam.
Zofia otarła łzy.
— Bo ona… ta dziewczynka… jest chora. Potrzebuje pomocy. I Piotr się o tym dowiedział. Chciał ci powiedzieć, ale się bał. Prosił mnie, żebym przyszła pierwsza.
Wstałam gwałtownie od stołu. Wszystko we mnie krzyczało: gniew, żal, rozczarowanie. Przypomniałam sobie wszystkie te noce, kiedy Piotr wracał późno z pracy, wszystkie jego tajemnicze rozmowy przez telefon.
Kiedy Piotr wrócił do domu tego wieczoru, czekałam na niego w salonie. Dzieci bawiły się w swoim pokoju, nieświadome burzy, która właśnie przetaczała się przez nasz dom.
— Musimy porozmawiać — powiedziałam zimno.
Piotr zbladł. Usiadł naprzeciwko mnie i spuścił głowę.
— Wiem już wszystko — powiedziałam cicho. — O niej. O dziecku.
Przez chwilę milczał. Potem zaczął mówić: o tym, jak był młody i głupi; jak tamten romans był błędem; jak próbował to wszystko zostawić za sobą; jak dowiedział się o chorobie dziewczynki dopiero niedawno.
— Przepraszam cię, Marto — wyszeptał. — Bałem się ci powiedzieć. Bałem się cię stracić.
Patrzyłam na niego i czułam tylko pustkę. Wszystko, co budowaliśmy przez lata: dom, rodzina, zaufanie — nagle wydało mi się kruche jak szkło.
Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Piotr jeździł do szpitala odwiedzać swoją córkę — moją pasierbicę? Nawet nie wiedziałam, jak ją nazwać. Dzieci pytały, dlaczego tata jest taki smutny.
Moja mama zadzwoniła któregoś wieczoru:
— Co się dzieje? Słyszałam od Zofii… — zaczęła ostrożnie.
— Mamo, nie wiem już nic — odpowiedziałam szczerze. — Czuję się zdradzona. Ale ta dziewczynka… ona niczemu nie jest winna.
Mama milczała przez chwilę.
— Czasem trzeba wybaczyć nie dla innych, ale dla siebie — powiedziała cicho.
W końcu zdecydowałam się pojechać do szpitala. Weszłam do sali i zobaczyłam ją: drobną dziewczynkę z jasnymi włosami i wielkimi oczami tak podobnymi do oczu Piotra. Spojrzała na mnie niepewnie.
— Cześć — powiedziałam drżącym głosem. — Mam na imię Marta.
Uśmiechnęła się lekko.
— Wiem… Tata dużo o tobie mówił.
Usiadłam przy jej łóżku i poczułam dziwny spokój. Może to była ulga? Może początek czegoś nowego?
Wieczorem wróciłam do domu i długo patrzyłam na śpiącego Piotra. Wiedziałam już, że nic nie będzie takie samo jak dawniej. Ale wiedziałam też, że nie chcę żyć w gniewie i żalu.
Czy potrafię wybaczyć? Czy można odbudować zaufanie po takiej zdradzie? A może czasem trzeba po prostu zacząć od nowa?
Czasem zastanawiam się: czy wy bylibyście w stanie wybaczyć komuś taką tajemnicę? Jak daleko można posunąć się w imię rodziny?