W dniu, w którym przeszłam na emeryturę, mąż oznajmił, że odchodzi do innej. Moja historia o końcu i początku życia.
– Jadę do Ewy. Zostawiam ci klucze do mieszkania. – Głos Andrzeja był spokojny, jakby mówił o pogodzie. Stałam w korytarzu, jeszcze w płaszczu, z torebką na kolanach, i patrzyłam, jak pakuje swoją szczoteczkę do zębów do podróżnej kosmetyczki.
Nie zemdlałam, nie krzyczałam, nie rozbiłam talerza. Po prostu usiadłam na krześle i patrzyłam, jak Andrzej zamyka walizkę. Miał to wszystko zaplanowane. Czekał. A ja naiwnie myślałam, że właśnie zaczynamy nowy, wspólny rozdział życia. Emerytura miała być czasem odpoczynku, podróży, może wnuków. A teraz? Zostałam sama z ciszą, która dzwoniła mi w uszach.
– Przepraszam, Haniu. Tak wyszło – powiedział jeszcze, nie patrząc mi w oczy. – Nie chcę się kłócić.
Nie odpowiedziałam. W głowie miałam tylko jedno pytanie: „Dlaczego teraz?” Przecież przez tyle lat byliśmy razem. Przeżyliśmy śmierć jego matki, moją operację, kryzys finansowy. Myślałam, że to nas scementowało.
Kiedy drzwi się za nim zamknęły, usłyszałam własny oddech – ciężki, urywany. Przez chwilę siedziałam bez ruchu. Potem zdjęłam płaszcz i powiesiłam go na wieszaku. Torebka spadła mi z kolan na podłogę. Klucze zadźwięczały o kafelki.
W kuchni stała jeszcze szarlotka, którą upiekłam rano – na świętowanie emerytury. Zrobiłam sobie herbatę i zjadłam kawałek ciasta. Smakował jak popiół.
Telefon zadzwonił dopiero wieczorem. To była moja córka, Kasia.
– Mamo! I jak było w pracy? Już wolna kobieta? – Jej głos był radosny.
Chciałam powiedzieć: „Tata odszedł.” Ale nie mogłam wydusić słowa.
– Mamo? Jesteś tam?
– Tak… Tak, Kasiu. Wszystko dobrze – skłamałam.
Nie spałam tej nocy. Wpatrywałam się w sufit i próbowałam sobie przypomnieć ostatni raz, kiedy Andrzej mnie przytulił. Kiedy spojrzał na mnie z czułością. Kiedy rozmawialiśmy o czymś innym niż rachunki i zakupy.
Następnego dnia zadzwoniła sąsiadka, pani Zosia.
– Haniu, widziałam Andrzeja z walizką… Wszystko w porządku?
Chciałam powiedzieć: „Nie wiem.” Ale tylko przytaknęłam.
Przez kolejne dni żyłam jak automat. Wstawałam rano, robiłam kawę, patrzyłam przez okno na plac zabaw pod blokiem. Dzieci biegały, matki rozmawiały na ławkach. Ja czułam się jak duch.
Po tygodniu Kasia przyszła do mnie z wnuczką.
– Mamo, co się dzieje? Jesteś jakaś inna.
Popatrzyłam na nią i nagle poczułam napływ łez.
– Tata odszedł – wyszeptałam.
Kasia objęła mnie mocno.
– Wiedziałam… Coś było nie tak ostatnio. Ale dlaczego?
Nie umiałam odpowiedzieć.
Wieczorem zadzwonił Andrzej.
– Haniu… Chciałem ci podziękować za wszystko. Nie chcę ci robić krzywdy. Po prostu… Z Ewą czuję się młodszy. Przepraszam.
Z Ewą czuję się młodszy… Te słowa dźwięczały mi w głowie przez kolejne tygodnie. Kim była Ewa? Wiedziałam tylko tyle, że pracowała z Andrzejem w urzędzie miasta. Była wdową po lekarzu. Spotykali się po pracy na kawie – tak mówił Andrzej kilka miesięcy temu.
Zaczęły się plotki. Sąsiadki patrzyły na mnie ze współczuciem albo ciekawością. Pani Zosia przynosiła mi ciasto i próbowała pocieszać:
– Haniu, jesteś silna kobieta! Dasz sobie radę!
Ale ja nie czułam się silna. Czułam się stara i niepotrzebna.
Któregoś dnia zadzwoniła do mnie moja siostra, Basia.
– Hania! Pakuj się i przyjeżdżaj do mnie do Krakowa! Przewietrzysz głowę!
Nie chciało mi się ruszać z domu. Ale Basia była uparta.
W Krakowie poczułam pierwszy raz od dawna powiew świeżego powietrza w płucach. Chodziłyśmy po Plantach, piłyśmy kawę na Kazimierzu, śmiałyśmy się z dawnych czasów.
– Haniu – powiedziała Basia pewnego wieczoru – życie się nie kończy po sześćdziesiątce! Może teraz czas pomyśleć o sobie?
Zaczęłam chodzić na zajęcia jogi dla seniorów. Poznałam tam panią Marię – wdowę po wojskowym.
– Wie pani co? – powiedziała któregoś dnia Maria – Ja po śmierci męża myślałam, że już nigdy nie będę szczęśliwa. A teraz mam przyjaciółki, jeżdżę na wycieczki! Trzeba żyć!
Po powrocie do domu zaczęłam inaczej patrzeć na swoje życie. Otworzyłam szafę i wyrzuciłam stare ubrania Andrzeja. Przemalowałam sypialnię na jasny kolor. Zapisałam się na kurs komputerowy w domu kultury.
Kasia często wpadała z wnuczką.
– Mamo, jesteś jakaś inna! Uśmiechasz się!
Uśmiechałam się naprawdę – pierwszy raz od dawna.
Pewnego dnia spotkałam Andrzeja na rynku. Był z Ewą. Wyglądał na zmęczonego.
– Cześć, Haniu… Jak się masz?
Spojrzałam mu prosto w oczy.
– Dobrze, Andrzeju. Naprawdę dobrze.
Odszedł bez słowa.
Wieczorem siedziałam przy oknie z kubkiem herbaty i patrzyłam na światła miasta. Pomyślałam: „Może to właśnie jest nowy początek? Może jeszcze coś dobrego mnie czeka?”
Czy można nauczyć się być szczęśliwą po zdradzie? Czy samotność to wyrok – czy szansa? Co wy byście zrobili na moim miejscu?