Eltávolodás: Kiedy moje córki oddalały się ode mnie po rozwodzie – opowieść samotnego ojca
– Tato, nie chcę dziś do ciebie jechać – głos Zosi, mojej młodszej córki, rozbrzmiewa w słuchawce z nieoczekiwaną stanowczością. Siedzę na brzegu łóżka w wynajętym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie, ściskając telefon tak mocno, że aż bieleją mi knykcie. Za oknem szarówka, a ja czuję, jakby całe światło zgasło również we mnie.
– Zosiu, przecież mieliśmy iść do kina, pamiętasz? – próbuję brzmieć spokojnie, choć w środku wszystko we mnie krzyczy. – Obiecałem ci lody po filmie.
– Nie chcę. Mama mówi, że mam dużo nauki. I… i nie mam ochoty – odpowiada cicho. Słyszę w tle głos byłej żony, Agnieszki. Zawsze była bardziej przekonująca ode mnie.
Odkładam telefon i przez chwilę siedzę bez ruchu. W głowie pulsuje jedno pytanie: kiedy to się zaczęło? Kiedy moje córki – Zosia i starsza, Marta – zaczęły się ode mnie oddalać? Czy to był ten dzień, kiedy spakowałem walizkę i wyszedłem z naszego mieszkania na Mokotowie? Czy może wtedy, gdy po raz pierwszy nie przyszły na wspólną kolację, bo „były zmęczone szkołą”? A może to ja sam zawiodłem jako ojciec?
Rozwód z Agnieszką był jak powolne rozdzieranie skóry – bez znieczulenia, bez litości. Przez lata próbowaliśmy ratować coś, co już dawno przestało istnieć. Kłótnie o wszystko: o pieniądze, o wychowanie dziewczynek, o to, kto ma rację w sprawach tak błahych jak wybór pasty do zębów. Pamiętam ostatnią awanturę – Marta płakała zamknięta w swoim pokoju, Zosia tuliła się do misia na kanapie. Wtedy podjąłem decyzję: muszę odejść. Dla nich. Dla siebie.
Ale nikt nie powiedział mi, że rozstanie to nie tylko podział majątku i podpisy pod dokumentami. To codzienna walka o każdą chwilę z dziećmi. To wieczory spędzone samotnie przy pustym stole, kiedy ich śmiech słychać tylko w wyobraźni.
Przez pierwsze miesiące po rozwodzie starałem się być „weekendowym tatą idealnym”. Wymyślałem atrakcje: kino, park trampolin, wycieczki rowerowe nad Wisłę. Dziewczynki były jeszcze wtedy otwarte, choć już trochę nieobecne. Ale z czasem zaczęły coraz częściej odmawiać spotkań. Marta tłumaczyła się nauką do matury, Zosia – zajęciami dodatkowymi. Czułem, jak wymykają mi się z rąk.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie wychowawczyni Marty.
– Panie Piotrze, czy mógłby pan przyjść na zebranie? Marta ostatnio jest bardzo zamknięta w sobie.
Zgodziłem się bez wahania. Na zebraniu Agnieszka siedziała w pierwszym rzędzie, ja z tyłu – jak intruz. Po spotkaniu próbowałem porozmawiać z Martą.
– Córeczko, co się dzieje? Możesz mi powiedzieć wszystko.
– Nic się nie dzieje – odpowiedziała chłodno. – Po prostu mam dużo na głowie.
Widziałem jednak w jej oczach cień żalu. Może nawet gniewu? Czy obwiniała mnie za rozpad rodziny?
Z Agnieszką kontakt ograniczał się do krótkich wiadomości: „Marta chora”, „Zosia ma konkurs”, „Nie mogą dziś przyjść”. Czułem się jak petent we własnym życiu. Każda odmowa bolała coraz bardziej.
Najgorsze były święta. Wigilia u moich rodziców była cicha i smutna bez dziewczynek. Mama próbowała pocieszać:
– Piotrusiu, one dorosną i same zdecydują, żeby cię odwiedzić.
Ale ja widziałem tylko puste krzesła przy stole i czułem ciężar winy.
Czasem spotykałem Martę przypadkiem na ulicy – szła z koleżankami, śmiała się głośno. Gdy mnie zauważyła, uśmiechała się uprzejmie, ale już bez tej dziecięcej radości sprzed lat.
Zosia coraz częściej pisała do mnie tylko wtedy, gdy czegoś potrzebowała: „Tato, możesz mi kupić nowe buty na WF?”, „Tato, potrzebuję pieniędzy na wycieczkę”. Starałem się nie brać tego do siebie, ale serce pękało za każdym razem.
Próbowałem rozmawiać z Agnieszką:
– Może moglibyśmy ustalić stałe dni spotkań? Dziewczynkom brakuje stabilności…
– Piotrze, one są już duże. Same decydują – odpowiadała chłodno. – Nie będę ich zmuszać.
Czułem się bezsilny wobec tej ściany obojętności.
Pewnego wieczoru zadzwonił mój ojciec.
– Synu, nie poddawaj się. Walcz o nie. Nawet jeśli teraz tego nie widzą, kiedyś docenią twoją obecność.
Ale jak walczyć o kogoś, kto coraz bardziej znika z twojego życia?
Zacząłem pisać do córek listy – prawdziwe listy na papierze. Pisałem o tym, jak bardzo je kocham, jak bardzo mi ich brakuje. O tym, że zawsze mogą na mnie liczyć. Nie wiem, czy je czytały. Nigdy nie dostałem odpowiedzi.
Czasem budzę się w nocy i słyszę ich głosy w głowie: „Tato, pobawisz się ze mną?”, „Tato, opowiesz bajkę?”. Ale to tylko wspomnienia.
Najtrudniejsze są te dni, kiedy widzę ojców spacerujących z córkami po parku. Zazdroszczę im każdej minuty spędzonej razem. Zastanawiam się wtedy: czy mogłem zrobić coś inaczej? Czy gdybym został z Agnieszką dla dobra dzieci, byłoby lepiej?
Dziś Marta jest już dorosła – studiuje psychologię na UW. Zosia kończy liceum. Nasze kontakty są sporadyczne – czasem SMS na urodziny czy święta. Ale wciąż czekam na ten dzień, kiedy zadzwonią bez powodu. Kiedy powiedzą: „Tato, tęskniłam”.
Może jeszcze jest dla nas szansa? Może kiedyś przeszłość przestanie być murem nie do przejścia?
Czy można odbudować więź z dziećmi po latach oddalenia? Czy miłość ojca wystarczy, by pokonać cień dawnych błędów?