Nie musisz siedzieć przy stole. Twoim zadaniem jest, żeby goście byli zadowoleni i najedzeni. — Historia kobiety, która postanowiła odzyskać siebie

— Nie musisz siedzieć przy stole. Twoim zadaniem jest, żeby goście byli zadowoleni i najedzeni — powiedziała teściowa, kiedy po raz pierwszy przyjechałam do ich domu na Wigilię jako żona Piotra. Stałam wtedy w kuchni, z rękami mokrymi od mycia naczyń, a w salonie rozbrzmiewały śmiechy i rozmowy. Przez chwilę miałam ochotę rzucić wszystko i wyjść, ale wtedy spojrzałam na Piotra. Siedział przy stole, rozparty w fotelu, z kieliszkiem wina w dłoni, jakby to wszystko było oczywiste.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ta scena będzie powtarzać się przez kolejne lata. Że zawsze będę tą, która podaje, sprząta, dba o to, żeby wszystkim było dobrze — wszystkim oprócz mnie samej. Piotr nigdy nie pytał, czy jestem zmęczona. Nigdy nie zapytał, czy mam ochotę usiąść z nimi, pośmiać się, po prostu być częścią rodziny. Byłam tłem. Cichą obecnością, która miała sprawiać, że dom funkcjonuje.

Pamiętam jedną z pierwszych kłótni. — Nie przesadzaj, Aniu — powiedział Piotr, kiedy próbowałam mu wyjaśnić, że czuję się samotna. — Każda kobieta tak ma. Moja mama całe życie dbała o dom i jakoś nie narzekała.

— Może nie narzekała, bo nie miała komu? — odpowiedziałam cicho.

Piotr tylko wzruszył ramionami i wrócił do oglądania meczu. A ja poszłam do kuchni i płakałam nad garnkiem zupy.

Z czasem nauczyłam się nie mówić o swoich uczuciach. Zamiast tego starałam się być jeszcze lepsza: gotowałam bardziej wymyślne potrawy, dbałam o czystość tak, że nawet teściowa nie mogła się przyczepić. Urodziłam dwójkę dzieci — Kasię i Michała — i wtedy już zupełnie przestałam istnieć jako osoba. Byłam mamą, żoną, gospodynią. Ale kim byłam dla siebie?

Najgorsze były święta. Wszyscy przyjeżdżali do nas — bo u Ani zawsze czysto i smacznie. Siedzieli przy stole, rozmawiali o polityce, pracy, wakacjach. Ja krążyłam między kuchnią a salonem, dolewałam barszczu, podawałam pierogi, zbierałam talerze. Czasem ktoś rzucił: „Usiądź z nami!”, ale zanim zdążyłam usiąść, już ktoś prosił o dokładkę albo kawę.

Pewnego dnia Kasia zapytała: — Mamo, dlaczego ty nigdy nie jesz z nami?

Zatkało mnie. Co miałam jej odpowiedzieć? Że jestem niewidzialna? Że tak mnie wychowano? Że boję się usiąść przy stole i usłyszeć: „Nie przeszkadzaj dorosłym”? Uśmiechnęłam się tylko i powiedziałam: — Ktoś musi pilnować, żeby wszystko było na czas.

Ale tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i myślałam o tym, jak bardzo nie chcę, żeby Kasia dorosła w przekonaniu, że jej miejsce jest przy kuchence.

Zaczęłam czytać książki o asertywności. W tajemnicy przed Piotrem zapisałam się na warsztaty rozwoju osobistego w domu kultury. Poznałam tam Magdę — kobietę po przejściach, która powiedziała mi coś ważnego: — Aniu, jeśli sama siebie nie zauważysz, nikt inny tego nie zrobi.

To zdanie chodziło za mną tygodniami. Kiedy Piotr wracał z pracy i rzucał torbę na podłogę, kiedy dzieci rozrzucały zabawki po całym domu — czułam narastającą złość. Złość na nich i na siebie.

W końcu nadszedł dzień przełomu. Była sobota. Piotr zaprosił kolegów na grilla.

— Aniu, kup kiełbasy i piwo. I może zrób jakąś sałatkę — rzucił rano.

— A może ty pójdziesz do sklepu? — odpowiedziałam spokojnie.

Spojrzał na mnie zdziwiony.

— Przecież zawsze ty robisz zakupy.

— Dzisiaj nie mam ochoty.

Zapadła cisza. Dzieci patrzyły na nas szeroko otwartymi oczami.

— Co się z tobą dzieje? — zapytał Piotr po chwili.

— Zmęczyło mnie to wszystko — odpowiedziałam drżącym głosem. — Chcę być częścią tej rodziny, a nie tylko obsługą.

Piotr wybuchnął śmiechem.

— Przestań dramatyzować! Kobieta powinna dbać o dom!

Wtedy coś we mnie pękło.

— Nie jestem twoją służącą! — krzyknęłam tak głośno, że aż sama się przestraszyłam swojego głosu.

Wyszłam z domu i poszłam do parku. Siedziałam na ławce i płakałam jak dziecko. Po raz pierwszy od lat poczułam ulgę.

Kiedy wróciłam wieczorem, Piotr był obrażony. Przez kilka dni prawie się do mnie nie odzywał. Ale ja już wiedziałam, że nie wrócę do dawnej roli.

Zaczęłam wychodzić z Magdą do kina i na kawę. Zapisałam się na kurs księgowości online. Znalazłam pracę w małym biurze rachunkowym. Po kilku miesiącach zaczęłam zarabiać własne pieniądze.

Piotr był coraz bardziej sfrustrowany moją zmianą.

— Kiedyś byłaś inna — mówił z wyrzutem.

— Kiedyś byłam nieszczęśliwa — odpowiadałam spokojnie.

Dzieci początkowo były zdezorientowane. Michał płakał, że mama nie odbiera go już codziennie ze szkoły. Kasia pytała: — Mamo, czy ty nas jeszcze kochasz?

Przytulałam ich mocno i tłumaczyłam: — Kocham was najbardziej na świecie. Ale muszę też kochać siebie.

Po roku nasze życie wyglądało zupełnie inaczej. Piotr nauczył się gotować prosty obiad i sam robi zakupy. Dzieci pomagają w domu. Ja mam swoje miejsce przy stole — nie tylko podczas posiłków, ale też w rozmowach o ważnych sprawach.

Czasem jeszcze słyszę w głowie głos teściowej: „Twoim zadaniem jest dbać o innych”. Ale teraz wiem jedno: moim zadaniem jest też dbać o siebie.

Czy naprawdę trzeba czekać pół życia, żeby to zrozumieć? Ile kobiet wokół nas nadal siedzi w kuchni zamiast przy stole? Co wy o tym myślicie?