Wyrzucona z własnego życia: „Nie jesteś matką, tylko przekleństwem” – Moja walka o syna i upadek, który zmienił wszystko
– Nie jesteś matką, tylko przekleństwem! – wykrzyczał mi w twarz mój mąż, Paweł, trzaskając drzwiami sypialni. Stałam w korytarzu naszego mieszkania na warszawskim Ursynowie, z rękami drżącymi tak mocno, że nie byłam w stanie utrzymać kubka z herbatą. Słowa Pawła rozcinały powietrze jak nóż. W pokoju obok spał nasz sześcioletni syn, Michałek, którego od kilku miesięcy dręczyła tajemnicza choroba. Lekarze rozkładali ręce, a rodzina – zamiast wsparcia – rzucała we mnie oskarżenia.
– To twoja wina! – powtarzała moja teściowa, Zofia, gdy tylko pojawiała się w naszym domu. – Gdybyś była lepszą matką, Michał by nie chorował! – Jej słowa wbijały się we mnie jak szpile. Czułam się coraz bardziej osaczona i samotna. Nawet moja własna matka, Halina, zaczęła unikać rozmów ze mną. – Może faktycznie coś robisz źle? – pytała cicho przez telefon.
Pamiętam ten dzień, kiedy wszystko się zawaliło. Michał miał kolejny atak – drgawki, wysoka gorączka, nieprzytomność. Znowu pogotowie, znowu szpital. Paweł był już wtedy na granicy wytrzymałości. W szpitalnej poczekalni wybuchł:
– Mam dość! Nie mogę już na to patrzeć! To przez ciebie! – krzyczał tak głośno, że pielęgniarka musiała go uciszać.
Kilka dni później wróciłam do pustego mieszkania. Paweł zabrał Michała do swojej matki. Na stole leżała kartka: „Nie wracaj. Michał zostaje ze mną. Ty wszystko niszczysz.”
Przez pierwsze dni chodziłam jak cień. Próbowałam dzwonić do Pawła, do teściowej, do własnej matki. Nikt nie odbierał. Czułam się jak trędowata. W pracy w szkole podstawowej zaczęto na mnie patrzeć z litością i niechęcią – plotki rozchodziły się szybko.
– Słyszałaś? Mąż ją wyrzucił, bo dziecko chore…
– Może faktycznie coś z nią nie tak?
Każdego dnia budziłam się z nadzieją, że to tylko zły sen. Ale rzeczywistość była nieubłagana. Michał był coraz dalej ode mnie. Paweł złożył wniosek o ograniczenie mi praw rodzicielskich. W sądzie przedstawiał mnie jako niezrównoważoną emocjonalnie, niezdolną do opieki nad dzieckiem.
Moja rodzina milczała. Ojciec przestał się odzywać całkowicie. Matka tylko raz przyszła do mnie do mieszkania.
– Może powinnaś odpuścić? Oni są silniejsi…
Ale ja nie mogłam odpuścić. Michał był wszystkim, co miałam.
Zaczęłam walczyć. Szukałam lekarzy, specjalistów, psychologów dziecięcych. Przeszukiwałam fora internetowe nocami, pisałam maile do fundacji pomagających rodzinom dzieci przewlekle chorych. Znalazłam wsparcie u jednej z matek na grupie wsparcia – Ania straciła córkę przez podobną chorobę.
– Nie pozwól im odebrać ci syna – pisała do mnie na Messengerze. – Walcz do końca.
Zebrałam dokumentację medyczną Michała, znalazłam prawnika – panią mecenas Kowalską, która sama była samotną matką.
– Pani Marto – powiedziała mi na pierwszym spotkaniu – musimy pokazać sądowi, że jest pani najlepszym możliwym opiekunem dla syna.
To były najtrudniejsze miesiące mojego życia. Każdego dnia musiałam udowadniać swoją wartość jako matka: przed sądem, przed rodziną, przed samą sobą. Spotkania z Michałem były rzadkie i krótkie – zawsze pod czujnym okiem Pawła lub jego matki.
– Mama cię kocha – szeptałam mu do ucha przy pożegnaniu.
– Czemu nie możesz być z nami? – pytał cicho Michałek.
– Bo czasem dorośli robią głupie rzeczy… Ale ja zawsze będę przy tobie.
W sądzie Paweł był zimny i bezwzględny.
– Marta jest niestabilna emocjonalnie. Michał przy niej cierpi.
Teściowa płakała teatralnie na sali rozpraw.
– Ona nigdy nie była dobrą matką!
Czułam się jak oskarżona o najgorszą zbrodnię świata: bycie złą matką. Każde słowo bolało bardziej niż poprzednie.
Pewnego dnia dostałam wiadomość od Haliny:
– Może powinnaś przeprosić Pawła? Dla dobra dziecka…
Ale ja wiedziałam, że nie mogę się poddać. Michał potrzebował mnie zdrowej i silnej.
Po kilku miesiącach walki sąd przyznał mi prawo do regularnych spotkań z synem i nakazał przeprowadzenie niezależnej oceny psychologicznej całej rodziny. Psycholożka, pani Ewa Nowak, była pierwszą osobą od dawna, która spojrzała na mnie bez uprzedzeń.
– Widzę w pani ogromną determinację i miłość do syna – powiedziała po spotkaniu.
To był pierwszy promyk nadziei od miesięcy.
Z czasem zaczęłam odbudowywać relacje z Michałem. Na naszych spotkaniach rysowaliśmy razem, czytaliśmy książki o dzielnych bohaterach i rozmawialiśmy o wszystkim.
– Mama wróci? – pytał coraz częściej.
– Obiecuję ci to, synku.
Rodzina Pawła nadal była przeciwko mnie. Moja własna matka przestała się odzywać całkowicie po tym, jak odmówiłam „ugodowego” rozwiązania sprawy.
Były dni, kiedy chciałam się poddać. Kiedy płakałam w poduszkę i zadawałam sobie pytanie: może naprawdę jestem przekleństwem?
Ale potem przypominałam sobie oczy Michała i jego uśmiech podczas naszych krótkich spotkań.
Po roku walki sąd przyznał mi opiekę naprzemienną nad synem. To nie był pełny powrót do dawnego życia, ale odzyskałam część siebie i mojego dziecka.
Dziś wiem jedno: nigdy nie wolno pozwolić innym wmówić sobie winy za coś, czego nie zawiniliśmy. Każda matka popełnia błędy – ale żadna nie zasługuje na to, by być wykluczoną ze swojego życia przez cudze osądy.
Czasem patrzę na siebie w lustrze i pytam: ile jeszcze razy będę musiała udowadniać światu, że jestem dobrą matką? Czy naprawdę miłość matki musi przechodzić przez taki ogień?