„Macie miesiąc na znalezienie sobie innego mieszkania. Od teraz będę mieszkać sama”: Historia matki, która musiała wyrzucić z domu swoje dwie córki

– Macie miesiąc na znalezienie sobie innego mieszkania. Od teraz będę mieszkać sama – powiedziałam to jednym tchem, patrząc na Anię i Magdę, moje córki, które siedziały przy kuchennym stole. W ich oczach zobaczyłam niedowierzanie i coś jeszcze – może żal, może gniew. W tej chwili czułam się jak najgorsza matka na świecie.

Ania pierwsza przerwała ciszę. – Mamo, żartujesz? Przecież dopiero co pochowaliśmy tatę. Jak możesz nas teraz wyrzucać?

Magda milczała, zaciskając dłonie na kubku z herbatą. Widziałam, jak drży jej szczęka. Zawsze była tą spokojniejszą, ale teraz jej oczy płonęły.

Wiedziałam, że to nie jest moment na tłumaczenia. Ale musiałam spróbować. – Dziewczyny… Ja już nie daję rady. Od śmierci taty wszystko się zmieniło. Wasze kłótnie, pretensje, wieczne narzekania… Ja też mam prawo do spokoju.

Ania wstała gwałtownie, przewracając krzesło. – To my mamy pretensje? Ty nawet nie zapytałaś, jak się czujemy! Zamknęłaś się w swoim świecie i tylko narzekasz!

Poczułam łzy napływające do oczu. Chciałam je powstrzymać, ale nie potrafiłam. – Przepraszam… – wyszeptałam. – Ale ja już nie mogę tak żyć.

Od śmierci mojego męża, Andrzeja, nasz dom przestał być miejscem ciepła i bezpieczeństwa. Dziewczyny wróciły do mnie po swoich nieudanych związkach i problemach finansowych. Myślałam, że razem będzie nam łatwiej przejść przez żałobę. Ale zamiast tego każdy dzień był walką o przestrzeń, o ciszę, o odrobinę normalności.

Ania miała trzydzieści dwa lata i właśnie rozstała się z chłopakiem, który zostawił ją z długami po wspólnym kredycie na samochód. Magda była młodsza o trzy lata i po powrocie z Anglii nie mogła znaleźć pracy w swoim zawodzie. Obie wróciły do rodzinnego domu z poczuciem porażki i żalu do świata.

Na początku próbowałyśmy się wspierać. Gotowałyśmy razem obiady, oglądałyśmy stare zdjęcia, wspominałyśmy Andrzeja. Ale z czasem zaczęły się spięcia o drobiazgi: kto nie wyniósł śmieci, kto zostawił bałagan w łazience, kto nie zapłacił rachunku na czas. Każda z nas nosiła w sobie ból i rozczarowanie, ale zamiast rozmawiać – krzyczałyśmy.

Pewnego wieczoru usłyszałam przez drzwi kłótnię dziewczyn:
– Ty zawsze musisz mieć ostatnie słowo! – wrzeszczała Magda.
– Bo ty nigdy nie masz racji! – odparowała Ania.

Wtedy zrozumiałam, że nie jestem już w stanie tego dłużej znosić. Zaczęłam się bać powrotów do własnego domu. Chowałam się w sypialni, udając, że czytam książkę albo śpię. Czułam się jak intruz we własnym życiu.

W pracy też nie było łatwo. Koleżanki patrzyły na mnie ze współczuciem albo udawały, że nic się nie dzieje. Szefowa zaproponowała mi urlop na żądanie, ale wiedziałam, że jeśli zostanę sama w domu z dziewczynami choćby jeden dzień dłużej, zwariuję.

Kiedy powiedziałam im o swojej decyzji, poczułam ulgę… i przerażenie jednocześnie. Czy naprawdę jestem taką egoistką? Czy dobra matka powinna wyrzucać własne dzieci?

Przez kolejne dni w domu panowała cisza. Dziewczyny unikały mnie jak ognia. Słyszałam tylko trzaskanie drzwiami i ciche rozmowy przez telefon. Czasem łapałam ich spojrzenia – pełne wyrzutu i rozczarowania.

Wieczorem Magda przyszła do mojego pokoju.
– Mamo… Naprawdę chcesz być sama? Przecież możemy spróbować jeszcze raz…
– Magda, ja was kocham – odpowiedziałam cicho. – Ale muszę też zadbać o siebie. Nie chcę już żyć w ciągłym napięciu.

Przytuliła mnie mocno i pierwszy raz od miesięcy obie płakałyśmy razem.

Ania była bardziej uparta. Przez tydzień nie odezwała się do mnie ani słowem. Dopiero gdy zobaczyła ogłoszenie o wynajmie mieszkania na moim komputerze, wybuchła:
– Już szukasz sobie nowych lokatorów? Może jeszcze psa sobie kupisz zamiast córek?
Nie odpowiedziałam. Nie miałam już siły na kolejną kłótnię.

Mijały dni. Dziewczyny zaczęły pakować swoje rzeczy. Widziałam ich smutek i złość, ale też coś jeszcze – może cień ulgi? Może każda z nas potrzebowała tej zmiany?

Ostatniego dnia przed wyprowadzką usiadłyśmy razem przy stole. Milczenie było ciężkie jak ołów.
– Przepraszam was – powiedziałam w końcu drżącym głosem. – Może kiedyś mi wybaczycie.
Magda uśmiechnęła się smutno:
– Może kiedyś zrozumiemy.
Ania tylko wzruszyła ramionami.

Kiedy zamknęły za sobą drzwi, poczułam pustkę większą niż kiedykolwiek wcześniej. Przez pierwsze dni chodziłam po mieszkaniu bez celu, dotykałam ich rzeczy zostawionych przez przypadek: stary szalik Ani na krześle, kubek Magdy w zlewie.

Samotność bolała inaczej niż kłótnie czy pretensje. Była cicha i wszechobecna. Ale była też przestrzenią do oddychania.

Czasem zastanawiam się: czy mogłam postąpić inaczej? Czy bycie matką oznacza poświęcenie siebie aż do końca? A może każda z nas ma prawo do własnego życia – nawet jeśli oznacza to rozstanie?

Czy wy też kiedyś musieliście wybrać między sobą a rodziną? Jak poradziliście sobie z poczuciem winy?