Szczerość boli bardziej niż rozstanie: Moja historia z Pawłem

— Znowu nie kupiłaś tego mydła, które lubię? — głos Pawła przeszył ciszę kuchni jak ostrze. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, a jego słowa odbiły się echem w mojej głowie. Mydło. Zwykłe mydło było początkiem naszej kolejnej kłótni. — Przepraszam, zapomniałam — odpowiedziałam cicho, nie podnosząc wzroku. Wiedziałam już, co będzie dalej.

Paweł westchnął ciężko i odwrócił się na pięcie. Wyszedł z kuchni, trzaskając drzwiami. Słyszałam, jak w salonie włącza telewizor i podgłaśnia dźwięk do granic możliwości. W tej chwili poczułam się jak cień we własnym domu. Przez lata powtarzałam sobie, że to tylko zmęczenie, stres w pracy, że przecież każdy ma gorsze dni. Ale te dni zamieniały się w tygodnie, a tygodnie w miesiące.

Kiedyś Paweł był inny. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie — on był duszą towarzystwa, ja raczej cichą obserwatorką. Przy nim czułam się wyjątkowa. Potrafił rozbawić mnie do łez, a jego pomysły na wspólne wypady były zawsze szalone i spontaniczne. Pamiętam naszą pierwszą podróż do Zakopanego — śmialiśmy się wtedy bez końca, a ja byłam pewna, że znalazłam swoją bratnią duszę.

Zaręczyliśmy się po trzech latach. Rodzina Pawła była zachwycona — jego mama już planowała wesele w remizie pod Wieliczką, a moja babcia codziennie dzwoniła z pytaniem o datę ślubu. Wszyscy wokół powtarzali: „Idealna para! Takich ludzi już nie ma!”. Tylko ja coraz częściej łapałam się na tym, że nie mogę złapać tchu.

Z czasem Paweł zaczął się zmieniać. Najpierw były drobne uwagi — że za dużo rozmawiam z koleżankami, że powinnam bardziej dbać o dom, że nie rozumiem jego żartów. Potem pojawiły się pretensje o wszystko: o to, jak gotuję rosół, jak układam ręczniki w łazience, nawet o to, że śmieję się za głośno przy jego znajomych. Każda rozmowa kończyła się kłótnią lub jego milczeniem.

Próbowałam rozmawiać z mamą. — Może przesadzasz? Każdy facet czasem się zdenerwuje — mówiła z troską, ale i z nutą zniecierpliwienia. Przyjaciółka Anka radziła: — Daj mu czas, może ma kryzys w pracy? Ale ja czułam, że to nie jest tylko kryzys.

Pewnego wieczoru wróciłam do domu później niż zwykle. Paweł siedział przy stole, patrząc na mnie z chłodną obojętnością.
— Gdzie byłaś?
— Spotkałam się z Anką po pracy.
— Znowu? Może powinnaś zacząć myśleć o naszym wspólnym życiu, a nie tylko o plotkach z koleżankami?

Zamarłam. W tej chwili poczułam, jakby ktoś ścisnął mnie za gardło. Chciałam krzyknąć: „A co z moimi potrzebami? Co ze mną?”, ale słowa ugrzęzły mi w gardle.

Zaczęłam unikać spotkań ze znajomymi. Przestałam dzwonić do rodziców tak często jak dawniej. Każdy dzień był walką o przetrwanie — byle nie wywołać kolejnej awantury. Czułam się coraz bardziej samotna i zagubiona.

Punktem zwrotnym była Wigilia u rodziców Pawła. Siedzieliśmy przy stole, a jego mama po raz kolejny zapytała o datę ślubu.
— Może już czas ustalić szczegóły? — rzuciła z uśmiechem.
Paweł spojrzał na mnie i powiedział:
— To zależy od niej. Ciągle coś jej nie pasuje.

Wszyscy spojrzeli na mnie wyczekująco. Poczułam na sobie dziesiątki oczu i ciężar oczekiwań całej rodziny. Wtedy coś we mnie pękło.

Po powrocie do domu długo płakałam w łazience. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze i nie poznawałam tej kobiety ze smutnymi oczami i drżącymi rękami. Czy naprawdę tego chcę? Czy chcę spędzić resztę życia w cieniu czyichś oczekiwań?

Następnego dnia spakowałam walizkę i wróciłam do rodziców do Nowego Sącza. Paweł dzwonił przez kilka dni, wysyłał wiadomości pełne wyrzutów i obietnic poprawy. Ale ja wiedziałam już, że nie mogę wrócić do tego życia.

Rodzina była w szoku. Mama płakała po nocach, tata milczał przez kilka dni. Babcia przestała dzwonić. Znajomi pytali: „Co się stało? Przecież byliście tacy szczęśliwi!”. Nikt nie rozumiał, jak bardzo można być samotnym w związku.

Minęły miesiące zanim zaczęłam oddychać pełną piersią. Zaczęłam chodzić na terapię, wróciłam do starych pasji — malowania i biegania po lesie. Powoli odzyskiwałam siebie.

Czasem jeszcze budzę się w nocy z lękiem, że może popełniłam błąd. Ale potem przypominam sobie tamte wieczory pełne ciszy i chłodu, te drobne rany zadawane codziennie słowami i gestami.

Czy naprawdę warto poświęcać siebie dla iluzji idealnego związku? Czy szczęście innych jest ważniejsze niż moje własne?

Może ktoś z Was też kiedyś stanął przed takim wyborem? Jak znaleźć odwagę, by być sobą mimo presji otoczenia?