Dziewczynka, która czekała na mamę: Opowieść o utraconej nadziei i nowej rodzinie

— Lena, ubierz się szybko. Musimy iść — głos pani Anny, pracownicy opieki społecznej, rozbrzmiewał w pustym przedpokoju jak echo. Stałam w piżamie, ściskając w dłoni pluszowego misia, a łzy spływały mi po policzkach. Mama leżała na kanapie, odwrócona do ściany, nie reagując na moje wołanie. — Mamo, proszę, powiedz coś! — krzyczałam, ale ona była jakby nieobecna, zamknięta w swoim własnym świecie.

Tamtej nocy, kiedy śnieg zacinał w okna, a światło latarni rozlewało się po podwórku, zabrano mnie z domu. Nie rozumiałam, dlaczego. Przecież mama obiecywała, że już nigdy mnie nie zostawi. Ale ona coraz częściej znikała na całe dnie, a potem wracała zmęczona, z oczami pełnymi smutku i dłoniami, które drżały. Czasem pachniała dziwnie, a ja wtedy tuliłam się do niej mocniej, jakby mój dotyk mógł ją uratować.

Pierwsze dni w domu dziecka były jak życie w akwarium. Wszystko widziałam przez szybę, ale nie mogłam dotknąć. Dzieci biegały, śmiały się, a ja siedziałam na łóżku, czekając. Każdego dnia pytałam wychowawczynię: — Czy mama dzwoniła? Czy przyjdzie po mnie? — Zobaczysz, Lena, wszystko się ułoży — odpowiadała pani Kasia, ale jej oczy mówiły coś innego.

Mijały tygodnie, potem miesiące. Zaczęłam liczyć dni do świąt, bo wtedy, jak wierzyłam, mama na pewno wróci. W Wigilię siedziałam przy oknie, patrząc na śnieg, który przykrywał świat białym kocem. — Może się spóźnia, może nie wie, gdzie jestem — tłumaczyłam sobie. Ale nikt nie przyszedł. Tylko pani Kasia położyła mi rękę na ramieniu i powiedziała: — Jesteś dzielna, Lena.

Z czasem nauczyłam się nie płakać przy innych. W nocy chowałam głowę pod poduszkę i szeptałam do misia: — Mamo, wróć. Obiecuję, że będę grzeczna. Obiecuję, że już nigdy nie będziesz smutna.

Pewnego dnia do domu dziecka przyszła para. Pani Marta miała ciepły uśmiech, a pan Piotr mówił cicho, jakby bał się mnie przestraszyć. — Lena, chcielibyśmy cię poznać — powiedziała pani Marta, kucając przy mnie. Patrzyłam na nich podejrzliwie. Widziałam już takich ludzi — przychodzili, pytali, a potem znikali. Ale oni wracali. Przynosili książki, grali ze mną w warcaby, opowiadali o swoim psie, który miał na imię Fafik.

— Lena, czy chciałabyś pojechać z nami na lody? — zapytała pani Marta pewnego popołudnia. Skinęłam głową, choć w środku czułam strach. Co, jeśli zabiorą mnie daleko i już nigdy nie zobaczę mamy? Ale lody były pyszne, a Fafik polizał mnie po dłoni, jakby chciał powiedzieć: „Jesteś już z nami”.

Z czasem zaczęłam czekać na ich wizyty. Opowiadałam im o mamie, o tym, jak śpiewała mi kołysanki i piekła najlepsze naleśniki na świecie. Pani Marta słuchała uważnie, a pan Piotr czasem ocierał łzę ukradkiem. — Lena, twoja mama bardzo cię kochała — powiedziała kiedyś pani Marta. — Ale czasem dorośli nie potrafią sobie poradzić z własnym życiem. To nie twoja wina.

Po kilku miesiącach zamieszkałam z Martą i Piotrem. Ich mieszkanie pachniało kawą i świeżym chlebem. Na ścianach wisiały zdjęcia z wakacji, a w moim pokoju czekała nowa pościel w kolorowe motyle. Pierwszej nocy nie mogłam zasnąć. Słyszałam, jak Marta rozmawia z Piotrem w kuchni:

— Myślisz, że się przyzwyczai?
— Potrzebuje czasu. Przeszła przez piekło.

Chciałam im powiedzieć, że się boję. Że wciąż czekam na mamę. Ale nie potrafiłam. Każdego dnia uczyłam się nowych rzeczy — jak robić kanapki, jak podlewać kwiaty, jak śmiać się bez poczucia winy. Marta nauczyła mnie piec ciasto, a Piotr pokazał, jak naprawić rower. Zaczęłam chodzić do nowej szkoły. Dzieci patrzyły na mnie dziwnie, szeptały za plecami: — To ta z domu dziecka. Ale Zosia, dziewczynka z sąsiedztwa, zaprosiła mnie do siebie na urodziny. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że może tu pasuję.

Czasem, gdy Marta przytulała mnie na dobranoc, czułam ukłucie w sercu. — Czy to znaczy, że zdradzam mamę? — pytałam siebie. Ale Marta nigdy nie próbowała zastąpić mojej mamy. — Masz prawo ją kochać, Lena. My po prostu chcemy być przy tobie, jeśli pozwolisz — mówiła cicho.

Minęły lata. Mama nigdy nie wróciła. Dowiedziałam się, że wyjechała za granicę, próbując zacząć nowe życie. Przysłała mi list — krótki, pełen przeprosin. Przeczytałam go setki razy, próbując zrozumieć, dlaczego nie mogła być ze mną. W końcu przestałam czekać. Zrozumiałam, że czasem trzeba pozwolić odejść, żeby móc żyć dalej.

Dziś mam własny pokój, psa, który śpi przy moich stopach, i ludzi, którzy mnie kochają. Czasem wciąż śni mi się tamta noc, kiedy zabrano mnie z domu. Ale już nie płaczę. Nauczyłam się, że rodzina to nie tylko krew. To ci, którzy zostają, gdy inni odchodzą.

Czy można przestać tęsknić za kimś, kto był całym twoim światem? Czy nowa rodzina może naprawdę uleczyć stare rany? Może wy też kiedyś musieliście nauczyć się kochać od nowa?