Pod maską troski szukał moich wad — aż złożyłam pozew o rozwód

— Nie krzycz, bo sąsiedzi usłyszą — powiedział Paweł tym swoim spokojnym głosem, jakby to on był ofiarą, a ja tylko histeryczką, która robi sceny w kuchni o dwudziestej drugiej.

Stałam przy zlewie, ręce miałam mokre od piany, a w gardle rosła mi gula tak duża, że nie mogłam przełknąć śliny. Na blacie leżał mój telefon, ekran jeszcze świecił. Wiadomość od mojej mamy: „Przyjedź w niedzielę, zrobię rosół. Tęsknię.”

— Ja nie krzyczę — wyszeptałam. — Ja… ja już nie umiem inaczej mówić, kiedy ty mnie nie słyszysz.

Paweł oparł się o framugę drzwi, skrzyżował ręce. W jego spojrzeniu było coś, co kiedyś brałam za opanowanie, a teraz widziałam w tym chłód. Taki, który potrafi zamrozić człowieka od środka.

— Słyszę cię. Tylko znowu przesadzasz. Znowu robisz z igły widły. Napisałaś do mamy, że przyjedziesz? Bez konsultacji? — uniósł brwi. — Przecież wiesz, że mamy plany.

— Jakie plany? — zapytałam, a w mojej głowie przewinęły się wszystkie „plany”, które zawsze były jego planami: jego siłownia, jego koledzy, jego „muszę odpocząć”, jego „nie teraz”.

— No właśnie. Widzisz? — westchnął teatralnie. — Ty nawet nie pamiętasz. Mówiłem ci wczoraj. Ale ty nigdy nie słuchasz. Z tobą jest jak z dzieckiem.

To zdanie uderzyło mnie jak policzek. „Z tobą jest jak z dzieckiem.” A ja nagle zobaczyłam siebie sprzed lat, kiedy jeszcze wierzyłam, że to ja jestem niezdarna, nieporadna, „jakaś nie taka”. Że on tylko zauważa, troszczy się, chce, żebym była lepsza.

Dzisiaj znów przeglądam w myślach te wszystkie chwile, które w końcu doprowadziły mnie tu, gdzie jestem. Najpierw szczerze wierzyłam, że to we mnie tkwi problem. Że urodziłam się jakaś nie taka – niezdarna, nienaturalnie kobieca, nieporadna. A on… on tylko to zauważał, troszczył się, chciał, żebym była lepsza. Ale po dwóch latach nagle, jakby zasłona spadła mi z oczu, zaczęłam widzieć, że ta troska ma ostre krawędzie. Że ona nie opatruje ran, tylko je robi.

Poznałam Pawła na weselu mojej kuzynki w Radomiu. Był kolegą pana młodego, przystojny, w granatowej koszuli, pachniał drogimi perfumami i pewnością siebie. Tańczyliśmy do „Jesteś szalona”, śmiałam się, bo to było głupie i piękne jednocześnie. Pamiętam, jak nachylił się do mojego ucha i powiedział:

— Masz takie dobre oczy. Widać, że jesteś porządna.

„Porządna” zabrzmiało wtedy jak komplement. Jak obietnica bezpieczeństwa. Wychowałam się w bloku z wielkiej płyty, na czwartym piętrze bez windy. Mama, Danuta, całe życie pracowała w sklepie mięsnym, wracała zmęczona, ale zawsze miała czas, żeby zapytać, czy zjadłam. Tata, Mirek, odszedł, kiedy miałam dziewięć lat. Zostawił po sobie zapach papierosów i ciszę, której nikt nie umiał wypełnić. Od tamtej pory bezpieczeństwo było dla mnie jak luksus.

Paweł szybko zaczął się pojawiać w moim życiu. Najpierw kwiaty, potem wspólne wyjazdy do Kazimierza, potem klucze do jego mieszkania w Warszawie na Woli. Mówił: „Nie chcę, żebyś się męczyła w tym swoim wynajmowanym pokoiku.” A ja czułam się wybrana.

Pierwszy raz poczułam ukłucie niepokoju, kiedy skomentował moją sukienkę.

— W tym wyglądasz… no, trochę tanio — powiedział, niby mimochodem, kiedy szykowałam się na urodziny koleżanki.

— Tanio? — powtórzyłam, patrząc w lustro.

— Nie obraź się. Ja tylko mówię, bo cię kocham. Chcę, żebyś wyglądała z klasą. — Uśmiechnął się i pogładził mnie po ramieniu. — Załóż tę granatową. W niej jesteś taka… elegancka.

Założyłam granatową. I wtedy jeszcze myślałam, że to normalne, że mężczyzna ma zdanie. Że to nawet miłe, że mu zależy.

Potem zaczęły się drobiazgi. „Nie jedz tyle chleba, bo ci pójdzie w biodra.” „Po co ci te koleżanki? One ci zazdroszczą.” „Twoja mama jest miła, ale ona cię rozpuszcza.” Wszystko w opakowaniu troski, z kokardką złożoną z jego spokojnego tonu.

Kiedy zaszłam w ciążę, byłam przerażona i szczęśliwa jednocześnie. Płakałam w łazience, trzymając test w ręku, a Paweł wszedł, spojrzał i powiedział:

— No to teraz musimy się ogarnąć.

„Musimy” brzmiało jak rozkaz. A ja, zamiast się zbuntować, poczułam ulgę, że ktoś przejmuje ster.

Urodził się Franek. Mały, czerwony, zaciśnięte piąstki. W szpitalu na Inflanckiej leżałam zmęczona, a Paweł stał nad łóżkiem i mówił:

— Tylko nie przesadzaj z tym karmieniem. Nie chcę, żebyś potem wyglądała jak… no wiesz.

— Jak kto? — zapytałam, ale on już odwrócił wzrok.

Po porodzie byłam jak rozciągnięta gumka recepturka. Ciało obce, brzuch miękki, piersi bolące, włosy wypadające garściami. A Paweł zaczął „motywować” mnie do powrotu do formy.

— Zobacz, Anka, ja ci mówię dla twojego dobra. Jak ty się zaniedbasz, to będziesz nieszczęśliwa. — Podsuwał mi aplikacje do liczenia kalorii, ważył makaron, komentował, kiedy jadłam cokolwiek słodkiego.

— Jestem zmęczona — mówiłam.

— Każdy jest zmęczony. Tylko nie każdy robi z tego wymówkę.

Najgorsze było to, że zaczęłam mu wierzyć. Kiedy Franek płakał w nocy, a ja nie mogłam go uspokoić, słyszałam w głowie Pawła: „Nie umiesz.” Kiedy zapomniałam kupić pieluchy, słyszałam: „Jesteś nieogarnięta.” Kiedy chciałam pojechać do mamy, słyszałam: „Uciekasz, bo nie radzisz sobie z życiem.”

W pracy też zaczęło się sypać. Pracowałam w biurze rachunkowym, zwykłe faktury, PIT-y, telefony od klientów, którzy zawsze chcieli „na wczoraj”. Po macierzyńskim wróciłam na pół etatu. Szefowa, Iwona, patrzyła na mnie z mieszaniną współczucia i irytacji.

— Anka, ja cię lubię, ale ty jesteś jak cień. Co się dzieje? — zapytała kiedyś, kiedy pomyliłam się w prostym zestawieniu.

— Nic… po prostu mało śpię — skłamałam.

Nie powiedziałam jej, że w domu śpię jeszcze mniej, bo oprócz Franka budzi mnie Paweł, który potrafi w środku nocy powiedzieć: „Wiesz, że ty się zmieniłaś? Kiedyś byłaś bardziej… wdzięczna.”

Wdzięczna. Jakby miłość była pożyczką, którą trzeba spłacać uśmiechem.

Punkt zwrotny przyszedł nie w wielkiej awanturze, tylko w czymś małym, codziennym. W sobotę rano robiłam naleśniki. Franek siedział w krzesełku i śmiał się, kiedy podrzucałam ciasto. Czułam przez chwilę, że jestem normalna. Że potrafię.

Paweł wszedł do kuchni, spojrzał na stół i powiedział:

— Znowu bałagan. Ty naprawdę nie umiesz utrzymać porządku.

— To tylko mąka — odpowiedziałam, próbując żartować.

— Nie, Anka. To nie tylko mąka. To twoje podejście do życia. — Usiadł i zaczął przeglądać telefon. — A Franek nie powinien jeść tyle słodkiego. Potem będzie gruby.

Franek przestał się śmiać. Patrzył na mnie wielkimi oczami, jakby wyczuwał napięcie. I wtedy coś we mnie pękło. Nie jak szkło, tylko jak lina, która trzymała mnie na uwięzi.

— Przestań — powiedziałam cicho.

Paweł nawet nie podniósł wzroku.

— Co mam przestać?

— Przestań mnie poprawiać. Przestań mnie oceniać. Przestań mówić do mnie jak do kogoś gorszego.

Wtedy spojrzał. I w jego oczach nie było zdziwienia, tylko coś jak rozbawienie.

— O, proszę. Pani się obudziła. Kto ci nagadał? Mama? Iwona? A może te twoje koleżanki z pracy, co mają rozwody i teraz wszystkich namawiają?

— Nikt mi nie nagadał. Ja po prostu… ja już nie chcę tak żyć.

Paweł odłożył telefon, wstał powoli, podszedł do mnie. Był blisko, za blisko.

— Anka, ty beze mnie sobie nie poradzisz. — Powiedział to spokojnie, jakby stwierdzał fakt. — Ty nawet nie wiesz, ile kosztuje prąd. Ty nie umiesz załatwiać spraw. Ja cię trzymam w pionie.

I wtedy zobaczyłam, że to nie troska. To była strategia. On przez lata budował we mnie przekonanie, że jestem słaba, żeby mógł być silny. Że jestem głupia, żeby mógł być mądry. Że jestem niewdzięczna, żeby mógł być ofiarą.

Tego samego dnia pojechałam z Frankiem do mamy. Bez konsultacji. Wzięłam tylko torbę z ubraniami, pieluchy, ulubionego misia i dokumenty. W autobusie Franek zasnął mi na ramieniu, a ja patrzyłam przez okno na szare ulice i czułam, jak serce wali mi w klatce. Bałam się, że Paweł zadzwoni, że będzie krzyczał, że przyjedzie. Ale najbardziej bałam się, że ja wrócę. Że znowu uwierzę, że przesadzam.

Mama otworzyła drzwi i od razu zobaczyła moją twarz.

— Aniu… co się stało? — zapytała, a jej głos zadrżał.

Nie umiałam od razu powiedzieć. Usiadłam w kuchni, tej samej, w której jako dziecko jadłam kanapki z mortadelą, i nagle zaczęłam płakać tak, jakby ktoś odkręcił we mnie kran.

— Mamo, ja chyba… ja chyba jestem zepsuta — wyszeptałam.

Mama uderzyła dłonią w stół.

— Nie jesteś zepsuta. Kto ci to wmówił?

I wtedy po raz pierwszy wypowiedziałam na głos to, co przez lata było tylko wstydem.

— Paweł.

Przez kolejne tygodnie Paweł dzwonił. Najpierw słodko.

— Anka, wróć. Przesadziłem. Ja się zmienię.

Potem zimno.

— Jak nie wrócisz, to zobaczysz. Nie dostaniesz ode mnie ani grosza.

Potem znowu troskliwie.

— Martwię się o Franka. Ty nie umiesz go wychować. Twoja mama cię nastawia.

A ja siedziałam u mamy, słuchałam tych słów i czułam, jak we mnie walczą dwie osoby: ta, która chciała wrócić do znanego piekła, i ta, która pierwszy raz w życiu poczuła, że może oddychać.

Poszłam do prawniczki, Magdy, poleconej przez koleżankę z pracy. W małym biurze na parterze kamienicy pachniało kawą i papierem.

— Proszę mi powiedzieć, co panią tu sprowadza — zapytała Magda.

Otworzyłam usta i nagle zabrakło mi słów. Jak opisać coś, co nie zostawia siniaków, ale zostawia człowieka w kawałkach?

— On… on mnie nie bije — zaczęłam niepewnie.

Magda skinęła głową.

— Przemoc nie zawsze jest fizyczna.

To zdanie było jak latarnia w ciemności. Opowiedziałam jej o „trosce”, o komentarzach, o kontrolowaniu, o tym, że przestałam spotykać się z ludźmi, bo Paweł zawsze miał coś do powiedzenia. O tym, że zaczęłam się bać własnych decyzji.

— Chcę złożyć pozew o rozwód — powiedziałam w końcu, a moje ręce drżały.

— Dobrze — odpowiedziała Magda spokojnie. — To będzie trudne. On pewnie będzie próbował panią złamać. Ale da się.

Kiedy podpisywałam dokumenty, czułam się jak ktoś, kto skacze do zimnej wody. Strach mieszał się z ulgą. Wyszłam na ulicę, było zimno, ludzie pędzili z siatkami z Biedronki, ktoś kłócił się przez telefon, tramwaj zadzwonił dzwonkiem. Zwykły dzień w Polsce. A dla mnie to był dzień, w którym przestałam być tylko dodatkiem do czyjegoś życia.

Paweł oczywiście nie odpuścił. Przyszedł pod blok mamy, stał na chodniku i krzyczał, że jestem niewdzięczna. Że niszczę rodzinę. Że robię Frankowi krzywdę.

— Anka! Wyjdź! Porozmawiajmy jak dorośli! — wołał.

Mama stanęła w oknie i powiedziała głośno:

— Zostaw ją w spokoju, Paweł. Wszyscy słyszą.

On spojrzał w górę i uśmiechnął się krzywo.

— O, teściowa też się wtrąca. Klasyka.

A ja stałam za firanką, trzymałam Franka na rękach i czułam, że już nie chcę się chować. Że to on powinien się wstydzić, nie ja.

Najtrudniejsze przyszło później, kiedy emocje opadły, a zostały rachunki, przedszkole, praca, zmęczenie. Kiedy musiałam nauczyć się, ile kosztuje prąd, i okazało się, że umiem. Kiedy musiałam sama iść do urzędu, i okazało się, że potrafię. Kiedy Franek zachorował, a ja siedziałam z nim w nocy i myślałam: „Paweł by powiedział, że przesadzam.” I wtedy mówiłam sobie na głos: „Nie przesadzasz. Jesteś mamą.”

Czasem wciąż słyszę jego głos w głowie. Kiedy coś mi nie wyjdzie, kiedy spóźnię się do pracy, kiedy zapomnę kupić mleko. Ten głos mówi: „Nie umiesz.” Ale teraz mam też drugi głos. Mój.

— Umiem — mówię wtedy, nawet jeśli drży mi broda.

Nie wiem, jak skończy się sprawa w sądzie. Nie wiem, jak Paweł będzie walczył o to, żeby wyglądać na idealnego ojca i męża, a mnie zrobić na wariatkę. Wiem tylko, że już nie chcę żyć w świecie, w którym miłość jest listą moich wad.

I czasem myślę o tej dziewczynie z wesela w Radomiu, która tańczyła i śmiała się, kiedy ktoś powiedział jej, że jest „porządna”. Chciałabym ją przytulić i szepnąć: „Porządna to nie znaczy cicha. Porządna to nie znaczy posłuszna. Porządna to znaczy taka, która ma prawo do własnego życia.”

A wy… czy też kiedyś pomyliliście kontrolę z troską? Ile razy trzeba usłyszeć, że jest się „nie taką”, żeby w końcu zapytać: a może to nie ja jestem problemem?