Piętnaście minut ciszy: Co znaczy zaufanie w rodzinie?

— Elwira, nie przesadzaj, przecież to tylko piętnaście minut — usłyszałam głos mamy, gdy nerwowo zakładałam kurtkę na syna. Stałam w przedpokoju jej mieszkania na warszawskim Ursynowie, a w mojej głowie kłębiły się myśli. Michał miał wtedy niespełna dwa lata, a ja po raz pierwszy miałam zostawić go pod czyjąś opieką, choćby na chwilę. — Mamo, on nigdy nie był beze mnie. Co jeśli się rozpłacze? Co jeśli coś się stanie? — mój głos drżał, a ręce ściskały zbyt mocno małą czapeczkę. Mama spojrzała na mnie z pobłażaniem, jakby chciała powiedzieć: „Przesadzasz, Elwira”. Ale ja nie przesadzałam. W mojej głowie rozgrywała się walka — zaufanie do niej kontra strach przed tym, że mogę być złą matką, jeśli choć na chwilę odpuszczę kontrolę.

— Idź już, bo się spóźnisz do lekarza. Damy sobie radę, prawda, Michałku? — powiedziała mama, biorąc syna na ręce. Michał spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami, a ja poczułam, jak serce ściska mi się z bólu. Wyszłam na klatkę schodową, a potem na zimne, lutowe powietrze. Każdy krok oddalający mnie od drzwi był jak zdrada. Przez całą drogę do przychodni czułam, jakby ktoś ściskał mnie za gardło. W głowie słyszałam głos mamy: „Przesadzasz, Elwira”. Ale czy naprawdę przesadzałam?

W poczekalni nie mogłam usiedzieć w miejscu. Wpatrywałam się w telefon, czekając na wiadomość, że wszystko w porządku. Minuty ciągnęły się w nieskończoność. Przypomniałam sobie, jak sama byłam dzieckiem i mama zostawiała mnie z babcią. Wtedy nie było telefonów, nie było tej natychmiastowej kontroli. Czy moja mama też się tak bała? Czy czuła ten sam lęk, kiedy zamykała za sobą drzwi?

Po piętnastu minutach wróciłam szybkim krokiem. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Michała bawiącego się klockami na dywanie, a mama siedziała obok niego z kubkiem herbaty. — Widzisz? Nic się nie stało — powiedziała z uśmiechem. Ale ja nie potrafiłam się uśmiechnąć. Czułam się winna, że nie zaufałam jej do końca, a jednocześnie zła na siebie, że zostawiłam syna, choćby na chwilę. — Mamo, przepraszam, po prostu się boję — powiedziałam cicho, siadając obok nich. — Elwira, musisz nauczyć się odpuszczać. Nie możesz być zawsze wszędzie. Dziecko też musi nauczyć się, że czasem cię nie ma — odpowiedziała spokojnie, głaszcząc mnie po ramieniu.

Wieczorem, gdy Michał już spał, usiadłam z mamą przy kuchennym stole. — Wiesz, ja też się kiedyś bałam. Ale musiałam ci zaufać, musiałam zaufać sobie. Inaczej bym zwariowała — powiedziała, patrząc mi prosto w oczy. — Ale jak mam zaufać, skoro wszędzie słyszę o wypadkach, o tym, że coś się może stać? — zapytałam, a łzy napłynęły mi do oczu. — Nie da się żyć bez zaufania, Elwira. Ani do siebie, ani do innych. Inaczej zamienisz swoje życie w więzienie — odpowiedziała mama.

Przez kolejne dni nie mogłam przestać o tym myśleć. Z jednej strony czułam ulgę, że nic się nie stało, z drugiej — wstyd, że tak bardzo się bałam. Zaczęłam zauważać, jak bardzo kontroluję każdy aspekt życia Michała. Nie pozwalałam mu wspinać się na drabinki, nie pozwalałam jeść lodów zimą, nie pozwalałam nawet bawić się z innymi dziećmi na placu zabaw, bo bałam się zarazków. Mąż, Tomek, coraz częściej mówił: — Elwira, musisz trochę odpuścić. On się dusi. — Ale ja nie umiałam. Bałam się, że jeśli choć na chwilę stracę czujność, wydarzy się coś strasznego.

Pewnego dnia, gdy Michał miał już trzy lata, wydarzył się wypadek. Bawił się w pokoju, a ja na chwilę wyszłam do łazienki. Usłyszałam huk i płacz. Wbiegłam do pokoju i zobaczyłam, że przewrócił się na klocki i rozciął sobie czoło. Krew leciała mu po twarzy, a ja wpadłam w panikę. — Boże, Michał! — krzyknęłam, chwytając go na ręce. Zadzwoniłam do Tomka, a potem do mamy. W szpitalu lekarz powiedział, że to nic poważnego, ale ja nie mogłam przestać płakać. — To moja wina. Powinnam była być przy nim cały czas — powtarzałam przez łzy. Mama przytuliła mnie mocno. — Elwira, nie uchronisz go przed wszystkim. Musisz nauczyć się ufać. Sobie, jemu, światu. Inaczej on nie nauczy się żyć — powiedziała cicho.

Od tamtej pory zaczęłam powoli odpuszczać. Pozwalałam Michałowi na więcej, choć serce ściskało mi się za każdym razem, gdy wspinał się na drabinki czy bawił się z innymi dziećmi. Zaczęłam też częściej prosić mamę o pomoc, choć za każdym razem czułam ukłucie niepokoju. Zrozumiałam jednak, że zaufanie to nie jest brak strachu. To decyzja, by mimo strachu pozwolić komuś być częścią naszego życia.

Dziś, gdy patrzę na Michała, który biega po podwórku z innymi dziećmi, czuję dumę i ulgę. Ale wciąż czasem wracam myślami do tamtych piętnastu minut ciszy, kiedy po raz pierwszy zostawiłam go u mamy. Czy zrobiłam dobrze? Czy mogłam zrobić coś inaczej? Może każda matka musi przejść przez ten lęk, by nauczyć się ufać?

Czasem zastanawiam się: czy zaufanie to dar, czy ciężka praca? Czy można nauczyć się ufać, jeśli całe życie uczono nas, że tylko my same jesteśmy odpowiedzialne za wszystko? Jak wy radzicie sobie z tym lękiem? Czy potraficie zaufać innym, gdy chodzi o wasze dzieci?