Między Ciszą a Krzykiem: Historia Marty z Gdańska

— A czego się spodziewałeś? Cały czas jestem sama jak palec! Ty tylko przy pracy, dzień i noc. Jestem kobietą, potrzebuję uwagi! — głos mamy odbijał się echem od ścian naszego mieszkania na Przymorzu, a ja, skulona za drzwiami swojego pokoju, czułam, jak moje serce wali jak oszalałe.

— A co powiesz, jak twojemu uwodzicielowi Rysiowi coś podrzucę i zamknę go, co? — wrzasnął ojciec, a w jego głosie słyszałam nie tylko gniew, ale i rozpacz. To był ten moment, kiedy wszystko się rozpadło. Ojciec trzasnął drzwiami, a ja usłyszałam, jak schodzi po schodach, każdy krok jak uderzenie młotem w moje dzieciństwo.

Miałam wtedy siedemnaście lat. Niby dorosła, a jednak tak bardzo dziecko. Przez kolejne dni w domu panowała cisza, która bolała bardziej niż najgłośniejsze awantury. Mama chodziła jak cień, nie patrzyła mi w oczy. Ja nie wiedziałam, co powiedzieć, jak się zachować. W szkole próbowałam udawać, że wszystko jest w porządku, ale wystarczyło jedno pytanie: „Co u ciebie?” i czułam, jak łzy napływają mi do oczu.

Najgorzej było wieczorami. Siedziałam na łóżku, patrzyłam w sufit i słyszałam w głowie te wszystkie słowa, które padły tamtej nocy. „Potrzebuję uwagi”, „Jestem sama”. Czy to znaczyło, że ja się nie liczę? Że nie wystarczałam mamie? A może to ja byłam powodem, dla którego tata uciekał w pracę?

Minęły tygodnie. Ojciec nie wracał. Dzwonił czasem, ale rozmowy były krótkie, sztywne. — Cześć, Marta. Jak w szkole? — pytał, a ja odpowiadałam automatycznie: — Dobrze, tato. — I zapadała cisza. Czułam, że nie mogę mu powiedzieć, jak bardzo mi go brakuje, bo on sam nie wiedział, jak się w tym wszystkim odnaleźć.

Mama zaczęła coraz częściej wychodzić z domu. Wracała późno, czasem z zapachem obcych perfum. Próbowałam ją zatrzymać, zapytać, co się dzieje, ale ona tylko wzruszała ramionami. — Muszę się przewietrzyć, Marta. Nie rozumiesz, jak to jest być zamkniętą w czterech ścianach? — rzucała przez ramię, zanim zamknęła za sobą drzwi.

W szkole zaczęły się plotki. Ktoś widział moją mamę z Ryśkiem w kawiarni na Długiej. Ktoś inny powiedział, że ojciec wynajął mieszkanie na Zaspie i mieszka tam sam. Nauczycielka polskiego, pani Zielińska, spojrzała na mnie ze współczuciem, kiedy oddawała wypracowanie. — Jeśli chcesz porozmawiać, Marta, jestem tu — powiedziała cicho. Ale ja nie chciałam rozmawiać. Chciałam, żeby wszystko wróciło do normy.

Pewnego dnia wróciłam do domu i zastałam mamę płaczącą przy kuchennym stole. Obok stała butelka wina, do połowy pusta. — Przepraszam cię, Martusia — szlochała. — Nie chciałam, żeby to tak wyglądało. Ale nie mogłam już dłużej żyć w kłamstwie. Twój ojciec… on nigdy nie był naprawdę ze mną. Był tylko obok. — Słuchałam jej, ale nie potrafiłam jej współczuć. Byłam zła. Na nią, na ojca, na siebie. — A ja? — zapytałam cicho. — Czy ja się w ogóle liczę?

Mama spojrzała na mnie, jakby zobaczyła mnie pierwszy raz od lat. — Oczywiście, że się liczysz. Jesteś moim całym światem. — Ale nie wierzyłam jej. Bo gdyby tak było, nie zniszczyłaby naszego domu.

Zaczęłam coraz częściej wychodzić z domu. Spotykałam się z Olą i Patrykiem, moimi przyjaciółmi z klasy. Siedzieliśmy na ławce w parku Reagana, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. — Wiesz, Marta, twoja mama to dorosła kobieta, ma prawo do szczęścia — powiedziała kiedyś Ola. — Ale czyje szczęście jest ważniejsze? — zapytałam. — Jej czy nasze?

W końcu ojciec zaprosił mnie do siebie. Mieszkał w małym mieszkaniu na Zaspie, wszystko było tam nowe, obce. — Chciałem, żebyś wiedziała, że zawsze możesz tu przyjść — powiedział, stawiając przede mną kubek herbaty. — Wiem, że to trudne, ale czasem ludzie się rozchodzą. To nie twoja wina. — Ale ja czułam, że to jednak moja wina. Gdybym była lepsza, może mama nie szukałaby szczęścia gdzie indziej. Może tata nie uciekałby w pracę.

Zbliżała się matura. Próbowałam się uczyć, ale myśli wciąż wracały do domu. Mama coraz częściej nocowała u Ryśka, a ja zostawałam sama. Czułam się jak duch w pustym mieszkaniu. Pewnej nocy nie wytrzymałam. Zadzwoniłam do ojca. — Tato, mogę przyjechać? — zapytałam, a on od razu odpowiedział: — Oczywiście, córeczko. Zawsze możesz.

Zamieszkałam u ojca na kilka tygodni. Było inaczej. Spokojniej, ale też smutniej. Ojciec próbował być dla mnie wsparciem, ale widziałam, jak bardzo jest zraniony. Czasem wieczorami słyszałam, jak płacze w łazience. Udawałam, że tego nie słyszę, bo nie wiedziałam, jak mu pomóc.

W końcu musiałam wrócić do mamy. — Marta, nie możesz tak uciekać — powiedziała, kiedy przyszłam po rzeczy. — Musimy się nauczyć żyć razem, mimo wszystko. — Ale ja nie chciałam już żyć „mimo wszystko”. Chciałam normalności, której nie mogłam już odzyskać.

Matura minęła jak we śnie. Zdałam, choć nie wiem jak. Dostałam się na studia na Uniwersytecie Gdańskim. Próbowałam zacząć nowe życie, ale przeszłość wciąż mnie doganiała. Na pierwszym roku poznałam Michała. Był inny niż wszyscy — spokojny, cierpliwy, potrafił słuchać. Opowiedziałam mu o wszystkim. O zdradzie, o rozstaniu rodziców, o tym, jak bardzo się boję, że nigdy nie będę potrafiła zaufać nikomu.

— Każdy ma swoje rany — powiedział. — Ważne, żeby nie pozwolić im zdominować całego życia. — Chciałam w to wierzyć. Próbowałam. Ale kiedy Michał zaproponował, żebyśmy zamieszkali razem, spanikowałam. — Nie mogę — powiedziałam. — Boję się, że wszystko się powtórzy. Że znowu ktoś odejdzie.

Minęły lata. Mama wyszła za Ryśka. Ojciec znalazł nową partnerkę, panią Jolę, która miała dwójkę dzieci z poprzedniego małżeństwa. Ja wciąż próbowałam znaleźć swoje miejsce. Czasem spotykaliśmy się wszyscy na święta, ale to już nie było to samo. Siedzieliśmy przy jednym stole, rozmawialiśmy o pogodzie, o pracy, o studiach. Ale między nami była cisza, której nikt nie potrafił przerwać.

Często wracam myślami do tamtej nocy, kiedy wszystko się rozpadło. Zastanawiam się, czy można było to zatrzymać, czy można było zrobić coś inaczej. Czy rodzina to tylko wspólne mieszkanie i nazwisko, czy coś więcej? Czy można wybaczyć zdradę? Czy można nauczyć się żyć z ranami, które nigdy się nie zagoją?

Czasem patrzę w lustro i widzę w sobie trochę mamy, trochę ojca. I zastanawiam się, czy kiedyś będę potrafiła zaufać komuś na tyle, żeby nie bać się, że wszystko znowu się rozpadnie. Może to właśnie jest dorosłość — nauczyć się żyć z tym, co boli, i mimo wszystko próbować być szczęśliwym.

A wy? Czy potrafilibyście wybaczyć zdradę? Czy można odbudować rodzinę na nowo, kiedy wszystko się rozpadło?